Ostatnie ofiary morderstwa Krzysztofa Olewnika

Wiedza dwóch osób mogła być kluczowa, by dotrzeć do morderców Krzysztofa Olewnika tuż po jego zabójstwie. Policja, zamiast skorzystać z ich pomocy, zrobiła wszystko, by zmusić ich do milczenia. System prawny pozbawił ich wolności, złamał kariery, skazał na wieloletnie batalie sądowe. Komu na tym zależało?

Ranek 22 marca 2006 roku. Marcin Popowski wychodzi ze swojego mieszkania w bloku w okolicy Komendy Głównej Policji w Warszawie. Idzie do auta. Jest – jak na tę porę dnia – dziwnie cicho i pusto.

1. – Za cicho i za pusto. Kiedy to zrozumiałem, było już za późno – powie potem.

Wsiada do auta. Dopiero teraz spostrzega, że przednia szyba jest całkiem zaszroniona. Otwiera drzwi, żeby ją przetrzeć. Kątem oka widzi absurdalny obrazek: ubrany na czarno, zamaskowany mężczyzna podbiega ze zbijakiem do szyb. Nagle ktoś łapie go za rękaw i wyciąga z samochodu.

Krzyk, zamieszanie, wykręcanie rąk. Mocne uderzenie w bok i ciemność przed oczami. Antyterroryści właśnie połamali mu żebra, chociaż ani przez moment nie stawiał oporu.

Ten doświadczony detektyw, który sam prowadzi szkolenia dotyczące zachowania się w sytuacjach kryzysowych, wie, że w takich chwilach aktywna obrona to najgorsze, co można zrobić.

Dopiero potem dowie się, skąd ta brutalność: antyterroryści dostali informację, że Popowski jest szczególnie niebezpieczny i uzbrojony. – Gdybym wtedy poczuł się źle i, dajmy na to, złapał za serce, antyterroryści mogliby to potraktować jak sięgnięcie po broń. Wtedy wszystko mogłoby się zdarzyć – mówi.

Akcja zaskakuje go tak samo, jak wielu z tych, którzy ją przeprowadzają. – Stary, myśleliśmy, że idziemy po jakiegoś gangstera, a nie po ciebie – mówi mu znajomy antyterrorysta, prowadząc do policyjnego busa.

2. W tym samym momencie ledwie, pięćdziesiąt metrów dalej, na terenie Komendy Głównej Policji dochodzi do zatrzymania funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego Mirosława G. Koledzy aresztują tego doświadczonego policjanta z pasmem sukcesów na koncie z kulturą i szacunkiem. Kultura i szacunek szybko się jednak kończą. Zanim dotrze do aresztu, ktoś poinformuje osadzonych, że "wiozą psa". Dlaczego doświadczony policjant i ceniony przez policję detektyw trafiają do aresztu? Mobbing i molestowanie w żandarmerii. Ostatnia sprawa podporucznik Marii

 

    3. Historia, która zaprowadziła ich w to miejsce, zaczyna się 26 października 2001 roku w liczącym niespełna 3 tysiące mieszkańców miasteczku Drobin na północnym Mazowszu. W domu Włodzimierza Olewnika, zamożnego biznesmena z branży mięsnej, trwa przyjęcie z udziałem miejscowych policjantów. Związki między lokalnym biznesem a policją nie są dla nikogo tajemnicą. Przy tak dużych pieniądzach, jakimi obraca rodzina Olewników, warto mieć dodatkową ochronę.

    W imprezie bierze udział syn biznesmena, 25-letni Krzysztof. Po niej odwozi jednego z policjantów do domu. To ostatni raz, kiedy rodzina widzi go żywego. Dwa dni później Olewnikowie otrzymują telefon od porywaczy z żądaniem okupu.

    4. Policyjne poszukiwania to od samego początku seria błędów, która będzie kosztować życie Krzysztofa Olewnika.

    Ze śledztwa nie wyłączono policjantów, którzy brali udział w imprezie u Olewników. Uczestnicy imprezy zostają przesłuchani dopiero po kilku tygodniach, a człowiek, który widział Krzysztofa ostatni – na samym końcu. Śledztwo prowadzi prokurator z prowincjonalnego Sierpca bez żadnego doświadczenia w sprawach porwań. Choć czynności operacyjne są prowadzone w Płocku, kierownik grupy stacjonuje w Radomiu, więc policjanci jeżdżą po 400 km w obie strony tylko po to, aby podpisać dokumenty dotyczące kolejnych czynności operacyjnych. Szef prowadzącej śledztwo policji z Płocka, Maciej Książkiewicz, uwikłany jest w wiele podejrzanych interesów, m.in. to on proponował wcześniej Olewnikowi przejęcie zakładów mięsnych na Służewcu.

    Czas ucieka, lecz mimo błędów, policji sprzyja szczęście. Jeden z porywaczy, Sławomir Kościuk, kontaktuje się z rodziną Olewników w sprawie okupu. Dzwoni ze specjalnie przeznaczonej do rozmów z Olewnikami karty telefonicznej. Jednak po kolejnym z kontaktów, omyłkowo zostawia kartę w telefonie. Dzwoni z niej do innego z porywaczy, Wojciecha Franiewskiego, do Centrum Zdrowia Dziecka, a nawet do komendy policji w Słubicach, gdzie toczy się związana z jego osobą sprawa.

    Policja ustala jego personalia i identyfikuje najbliższe otoczenie. Jednak z niewiadomych powodów nie zostaje zatrzymany. To moment, kiedy wciąż można uratować Krzysztofa Olewnika. Mężczyzna będzie żył jeszcze przez trzy miesiące.

    5. Tymczasem 24 lipca 2003 roku, dwa lata od porwania, w końcu dochodzi do przekazania okupu porywaczom. Rodzina dostaje polecenie zrzucenia torby z 300 tys. euro w gotówce z mostu Grota-Roweckiego w Warszawie, w konkretnym miejscu, gdzie uprzednio porywacze wywiercili dziurę w ekranie dźwiękochłonnym. Torba spada na ulicę Gwiaździstą i zostaje natychmiast przejęta przez nieznaną osobę. Okup dociera do porywaczy, lecz Krzysztof Olewnik nie wraca do domu.

    Jeszcze we wrześniu udaje się nawiązać z nim kontakt. Jak później ustalono, jeszcze w tym samym miesiącu zostaje uduszony za pomocą foliowej torby. Sprawcy zakopują jego zwłoki w lesie. Jednak ta informacja wyjdzie na jaw dopiero trzy lata później.

    6. Tymczasem śledztwo stoi w miejscu. Na początku 2004 roku, na prośbę ówczesnego posła Jerzego Dziewulskiego, Popowski dzwoni do Włodzimierza Olewnika z propozycją pomocy. Olewnik wykazuje daleko posuniętą nieufność w stosunku do prywatnych detektywów.

    Dopiero co zerwał w atmosferze kłótni współpracę z detektywem Krzysztofem Rutkowskim, którego oskarżył o oszustwo na milion złotych. Jednak oferta Popowskiego pozytywnie go zaskakuje: "Mnie troszeczkę zdziwiła jedna rzecz u pana, że nie chciał tych pieniędzy, no, jakiejś zaliczki, no, absolutnie to nie chciał, tylko jak sprawę rozwikła" – powie sejmowej komisji śledczej ds. Krzysztofa Olewnika pięć lat później.

    Popowski, który nie może wówczas narzekać na brak zleceń, nie kieruje się motywem finansowym. Wie, że przy sprawie Olewnika zbierze unikatowe materiały do pracy doktorskiej z zakresu kryminalistyki, którą wówczas pisze. Liczy też na uzyskanie mocniejszej pozycji na swoim rynku pracy.

    Ma duże doświadczenie detektywistyczne, a w dodatku jest świeżo po wizycie na Florydzie, gdzie poszerzał swą wiedzę na temat porwań i przetrzymywania zakładników w rozmowach ze specjalistami z FBI i funkcjonariuszami departamentu sprawiedliwości USA.

    Popowski pracuje wielowątkowo, nie wyklucza żadnej z możliwości: "od personalnej zemsty, przez samouprowadzenie, wątek niejasnych interesów prowadzonych przez miejscowy establishment SLD, po wątek doprowadzenia zakładów Olewnika do upadłości i wrogie ich przejęcie oraz wątek wprowadzania do masarni padliny".

    Nieustannie przymierza sprawę Olewnika do innych porwań dla okupu. Pozostaje w ścisłym kontakcie z Włodzimierzem Olewnikiem, który udziela mu wszelkich możliwych informacji. Choć początkowo Popowski obstaje przy założeniu, że Krzysztof Olewnik sfingował własne porwanie z powodu problemów w interesach, stopniowo zmienia zdanie. Wie, że ojciec jest w stanie spłacić dowolny dług syna. Poza tym dobrowolne ukrywanie się nie pasuje do profilu psychologicznego Krzysztofa, bon vivanta kochającego luksusy i towarzystwo.

    7. Kolejny przełom w sprawie następuje w czerwcu 2004 roku. Policja zatrzymuje Sławomira Kościuka, lecz nie udaje się wydobyć z niego informacji. Prokuratura nie występuje do sądu o areszt. Po 48 godzinach mężczyzna wychodzi na wolność.

    Kilka dni później do prokuratury w Warszawie zostają wezwani policjanci z Płocka, aby odebrać akta sprawy. Korzystając z wizyty w stolicy, jadą na przesłuchanie kolejnego świadka autem Daewoo Nubira, co będzie miało pewne znaczenie w tej sprawie. Kiedy wychodzą od świadka, samochodu nie ma, a wraz z nim akt. Zarówno auto, jak i akta nigdy się nie odnalazły.

    8. Latem 2004 roku w CBŚ powstaje specgrupa operacyjno-dochodzeniowa. Ma odnaleźć Krzysztofa Olewnika. Jej powstaniu towarzyszy spory szum medialny. Ówczesny komendant policji gen. insp. Leszek Szreder zapowiada wykorzystanie najnowocześniejszych środków operacyjnych i najlepszych specjalistów.

    Dziś przyznaje, że nie śledził szczegółowo tamtego śledztwa. – Jako komendant miałem pełno takich spraw – mówi. – Podpisałem rozkaz o powstaniu nowej grupy. Ale ze mną nikt wcześniej na ten temat nie rozmawiał. Może to błąd. Może to by inaczej wyglądało.

    Włodzimierz Olewnik wiąże wtedy z grupą duże nadzieje. Popowski sprawdza dla niego, jakiej klasy specjaliści wchodzą w jej skład.

    Analiza detektywa jest druzgocąca: wśród 12 znajdujących się w niej policjantów nie ma ani jednego dochodzeniowca, a doświadczenie w zakresie porwań ludzi ma tylko jedna funkcjonariuszka, Grażyna B., lecz nawet ona wydaje się osobą wątpliwą: minął zaledwie rok od strzelaniny w Magdalence, w której zginęło dwóch antyterrorystów, a Grażyna B. była jedną z dowodzących tej przeprowadzonej nieudolnie akcji.

    Nie lepiej prezentuje się szef grupy Grzegorz K., który wcześniej był naczelnikiem wydziału kryminalnego oraz ds. narkotyków w prowincjonalnej Łomży.

    Szumnie zapowiadane środki oddane do dyspozycji grupy okazują się mizerne. Cała grupa pracuje w jednym pokoiku w siedzibie warszawskiego CBŚ przy ul. Okrzei. Szafę pancerną do przechowywania dokumentacji dzieli z inną grupą, co w oczywisty sposób narusza niejawność postępowania.

    Analiza jest smutną lekturą dla Włodzimierza Olewnika. Równie smutna musi być też dla członków specgrupy.

    Niemniej Olewnik lojalnie uprzedza Popowskiego, że przekazuje szefowi grupy wszelkie informacje ze źródeł zewnętrznych. Z detektywem bez przerwy kontaktują się też posłowie, którzy pytają go o postępy prac w śledztwie. – To właśnie moje kontakty z posłami i ten raport mogły być dla mnie pocałunkiem śmierci – mówi po latach Popowski.

    9. Detektyw, mimo wszystko, stara się pomóc. Spore nadzieje upatruje w członku specgrupy, którego zna z jego wcześniejszych dokonań. Mirosław G. nie jest przypadkowym człowiekiem.

    Nie licząc szefa grupy, jest najwyższy stopniem. To podinspektor w Centralnym Biurze Śledczym z 20-letnim doświadczeniem, wielokrotnie nagradzany przez komendanta głównego i ministra za realizację ważnych spraw.

    Jest jedną z kluczowych postaci stojących za rozbiciem siatki gangów napadających na TIR-y pod koniec lat 90. i na początku 2000. Rozpracowaniem gangów zajmowały się wtedy dwa policyjne zespoły. Mirosław G. był szefem jednego z nich i zastępcą w drugim. Działa na terenach jednoznacznie kojarzących się z mafiami lat 90. – Wołomin, Pruszków, Mokotów. Kiedy rozpoczynał pracę w "grupie tirowskiej", proceder ten był prawdziwą plagą: rocznie dochodziło do około 200 napadów, z czego około 40 proc. na obcokrajowców. Strzałem w dziesiątkę w walce z gangami okazało się wyeliminowanie przecieków z policji.

    – Policjanci informowali nas wtedy o wszystkim, głównie o tym, z jakich rejonów znikną patrole, żebyśmy mogli swobodnie zatrzymywać TIR-y – mówi anonimowo jedna z centralnych postaci ówczesnego gangu mokotowskiego. – Zresztą, niektórzy z nich działali razem z nami. Zatrzymywali TIR-y. Wtedy my wchodziliśmy do akcji.

    Mirosław G. zaczął jednoosobowo kontrolować policyjne bazy danych, by wyeliminować przecieki. Metoda okazała się skuteczna. Policyjna grupa nie zaliczyła żadnej wpadki podczas prac operacyjnych. W efekcie policjanci doprowadzili do całkowitego zaniku procederu.

    – To był wyjątkowy, zaangażowany policjant – wspomina go osoba, która w tamtym czasie prowadziła akcję społeczną skierowaną przeciwko napadom i wyłudzeniom w transporcie drogowym, lecz nie chce ujawniać nazwiska ze względu na delikatną naturę swojej obecnej pracy. – Napady na TIR-y kilkanaście lat temu były ogromnym problemem. Moje ówczesne badania wskazywały, że nawet 75 procent firm spedycyjno-transportowych co najmniej raz było dotkniętych tym procederem. Zgłosiliśmy się do Komendy Głównej Policji z prośbą o współpracę. Mirek był tym policjantem, który zaangażował się najbardziej. Analizował każdy zgłoszony przypadek wyłudzenia towaru albo napadu, wskazując, gdzie zostały popełnione błędy ze strony firmy przewozowej, albo spedycyjnej i jak je eliminować. Dzięki temu przedsiębiorcy zaczęli skutecznie bronić się przed fałszywymi przewoźnikami i rozbojami. Myślę, że zrobił wówczas kawał dobrej roboty w eliminacji tego rodzaju przestępstw w Polsce. Był świetnym policjantem.

    Mirosław G. po merytoryczną pomoc w zakresie porwań zwraca się do Popowskiego, do którego wszechstronnych kompetencji nieraz już się pozytywnie przekonał. Detektyw pomagał mu w pracy nad tirowskimi gangami w zakresie połączeń telefonicznych. To on podpowiedział zespołowi operacyjnemu, aby namierzać telefony poprzez BTS, wyłapywanie połączeń krzyżowych czy korzystanie z billingów.

    – Często to Marcin ustalał abonentów telefonów, które występowały na miejscach wielu zdarzeń, bo ówczesna policyjna technika leżała i kwiczała – mówi Mirosław G.

    Popowski dostarcza też Mirosławowi G. konkretnych informacji operacyjnych. Ma nosa do wyszukiwania istotnych informacji w najzwyklejszych miejscach. Raz dzwoni do policjanta z informacją, że na bazarze chodzi tanio Nutella, poniżej połowy ceny, warto to sprawdzić. Faktycznie, była kradzież dużego transportu. Innym razem policjanci poszukiwali skradzionego TIR-a ze sprzętem RTV AGD. Po trzech dniach Popowski zadzwonił, wskazując konkretną posesję pod Pruszkowem. Na miejscu policjanci zaskoczyli bandytów podczas przeładowywania nie tylko sprzętu RTV, ale także słodyczy, dżinsów i chemii gospodarczej.

    10. Popowski chętnie pomaga znajomemu. Nad sprawą Olewnika pracuje już od pół roku. Dzieli się z Mirosławem G. swą dotychczasową wiedzą i przypuszczeniami. Jako jednego z porywaczy typuje niejakiego Roberta Pazika, co okaże się strzałem w dziesiątkę. Podpowiada wątek pomyłki z kartą telefoniczną Sławomira Kościuka, drugiego z porywaczy.

    Mirosław G. sporządza z rozmowy notatkę służbową i przekazuje ją szefowi. Gdyby w grupie zainteresowano się nią, sprawę można było zakończyć jeszcze w tym samym miesiącu. Popowski prawidłowo wskazał w niej obu porywaczy.

    Ale zamiast pójść tropem notatki, członkowie specgrupy zaczynają przyglądać się znajomości Popowskiego z Mirosławem G. – Ta znajomość nie była w policji żadną tajemnicą. W połowie pokojów na komendzie wisiały kalendarze od Marcina, które im przynosiłem – mówi Mirosław G. – Sam Popowski często bywał w Komendzie Głównej u znajomych.

    11. Od początku specgrupa podąża fałszywym tropem. We wrześniu 2004 roku, rok po śmierci Krzysztofa Olewnika, policjanci wciąż badają wątek samouprowadzenia, zakładając, że mężczyzna nie tylko żyje, ale też kontaktuje się z rodziną. Mirosław G. jest wysyłany przez zwierzchników do Ustronia, Cieszyna, Wadowic, Wisły, aby szukać śladów spotkań Krzysztofa z rodziną.

    Mijają kolejne tygodnie, a śledztwo tkwi w martwym punkcie. Mirosław G. mówi szefowi: "Każesz powielać czynności, które już były robione, po raz kolejny bierzemy ten sam billing, po raz kolejny przesłuchujemy te same osoby". W odpowiedzi słyszy, że ma po prostu wykonywać polecenia. W październiku policjant mówi szefowi, że będzie musiał napisać raport na ten temat. W grudniu dowiaduje się, że został usunięty ze specgrupy.

    Także Popowski, poprzez swoje kontakty w Komendzie Głównej Policji, widzi, że specgrupa wciąż koncentruje się na wątku samouprowadzenia Krzysztofa. Włodzimierza Olewnika denerwuje postępowanie specgrupy, lecz wciąż lojalnie informuje o rozmowach z Popowskim jej szefa Grzegorza K. – (...) Okazało się, jak teraz moja wiedza wskazuje, że właśnie detektyw Popowski kapnął się, że śledztwo nie idzie w tym kierunku – zezna później na komisji śledczej Włodzimierz Olewnik.

    Wtrącanie się Popowskiego w sprawy specgrupy nie podoba się jej szefowi. Wewnątrz CBŚ narastają negatywne emocje wobec detektywa. Chociaż ojciec porwanego nalega na przesłuchanie Popowskiego w sprawie jego syna, nigdy do niego nie dochodzi.

    Ani policjant, ani detektyw nie wiedzą, że ich telefony są podsłuchiwane, a akcja operacyjna, która toczy się w ich sprawie, nosi kryptonim "Nubira".

    W dniu, w którym policjantom skradziono Nubirę z aktami, spotykał się z nimi w zupełnie innej sprawie Mirosław G. – Chcieli mnie wrobić w kradzież auta i akt, chociaż kiedy to się wydarzyło, ja jeszcze nie byłem specgrupie, więc w żadnym stopniu nie byłem zaangażowany w tę sprawę – mówi Mirosław G.

    W uzasadnieniu o założenie podsłuchu Popowskiemu wpisano podejrzenie, że zajmuje się organizacją porwań. Według notatki służbowej, do której dotarł Onet, detektyw miał zajmować się organizacją porwań na terenie Mazowsza, koordynując siatkę gangów zajmujących się typowaniem ofiar, porwaniami, przetrzymywaniem i pobieraniem okupu. Miał on znać szefów grup, które się z sobą nie znały, a wykonywały tylko jego polecenia. Taki zarzut pozwolił na założenie mu podsłuchu, zgodnie z art. 19 ustawy o policji.

    12. Nadchodzi marzec 2006 roku. Wciąż nie odnaleziono Krzysztofa Olewnika ani sprawców jego porwania. Specgrupa pilnie potrzebuje sukcesu, aby usprawiedliwić swoje istnienie.

    22 marca dochodzi do zatrzymania Marcina Popowskiego i Mirosława G. Akcja jest prowadzona z dużym rozmachem. Popowskiego zatrzymuje 20 antyterrorystów i snajperów, z udziałem policyjnych kamer i fotografów.

    Uwieczniony na policyjnym filmie antyterrorysta pokazuje do kamery dwa granaty. W rzeczywistości były to atrapy granatów, które detektyw wykorzystywał do szkoleń nt. bezpieczeństwa. – Dowódca grupy kazał zabrać granaty dla medialnego show – wspomina obecny podczas przeszukania Popowski. Równie efektownie wyglądające trzy sztuki broni, detektyw posiadał całkowicie legalnie. Policja sprowadza do piwnicy bloku, w którym mieszkał, psa tropiącego zwłoki. Tego samego dnia "Fakty" TVN pokazują już 19 granatów, a także amunicję myśliwską, prawdopodobnie z filmowych materiałów z zupełnie innego zatrzymania.

    Policyjny fotograf robi także zdjęcie, jak antyterroryści prowadzą Popowskiego do czerwonego busa. Tym zdjęciem prasa będzie ilustrowała artykuły o różnych przestępstwach przez kolejne dwa lata. – Zatrzymali gangstera, złodzieja, pedofila, wszędzie szło moje zdjęcie z czerwonym busem – mówi Popowski.

    W zatrzymaniu Popowskiego biorą udział dwa pododdziały do realizacji zadań specjalnych CBŚ, czyli ci sami funkcjonariusze, którzy mają za zadanie szukać Olewnika. Specgrupa ds. Krzysztofa Olewnika odnotowuje spektakularny medialny sukces.

    W policji nikt też specjalnie nie tęskni za dociekliwym policjantem, w dodatku o niewyparzonym języku. W grudniu 2004 roku całe CBŚ zostaje postawione na nogi, ponieważ zaginął syn znanego posła SLD. Wszyscy mają skoncentrować się wyłącznie na tej sprawie. – Trzeba sprawdzić w szpitalach i na Kolskiej, zanim wyłączycie z pracy całe biuro! – piekli się Mirosław G. Bingo! Syn posła odnajduje się w izbie wytrzeźwień przy ul. Kolskiej.

    Policjant ma na pieńku także z Biurem Spraw Wewnętrznych, do którego pracy wnosi liczne zastrzeżenia. – Pojedziesz na Białołękę, to się w końcu od nas odpier... – słyszy od jednego z policjantów BSW, kiedy policja wyprowadza go z budynku komendy.

    Obaj mężczyźni lądują w tym samym areszcie przy ulicy Ciupagi na warszawskiej Białołęce. Mirosław G. spędzi tam trzy miesiące, a Marcin Popowski dziewięć i pół. Nigdy się tam nie spotkają.

    13. Mirosław G. trafia do aresztu z łatką "psa". – Tu już wszyscy wiedzą – ostrzega go kierownik zmiany, kiedy docierają na miejsce. Kto mógł poinformować o tym aresztantów? – Moim zdaniem, uprzejmie donieśli chłopcy z BSW – mówi Mirosław G. – Wystarczy, że taki przyjechał dzień wcześniej do aresztu, wziął klienta na przesłuchanie i coś mu szepnął. W aresztach takie informacje rozchodzą się jak błyskawica.

    Zaczyna się wyjątkowo ciężki okres jego życia. – Przez cały czas pobytu w areszcie byłem "pod prądem" – mówi. – To była nieustanna presja. Siedzisz w celi i słyszysz: "Ty ch..., zaj... cię!" Wychodzisz na spacerniak i słyszysz gwizdy. Podczas takiego spaceru musisz mieć oczy dookoła głowy.

    Kiedy siedzi w celi od strony wschodniej więziennego kompleksu, słyszy, jak znajomi więźniów z sąsiednich cel przyjeżdżają na tak zwane lipo, czyli rozmowę. Polega ona na tym, że aresztant wykrzykuje z celi numery: "Pięć! Dziewięć! Zero! Trzy!..." To numer PESEL osoby, którą aresztant chce, aby sprawdzono mu w mieście. Następnego wieczora pod areszt przyjeżdżają ci sami ludzie i krzyczą: "Zaj...ć sk...syna!"

    – Wskazani w ten sposób ludzie całymi miesiącami nie wychodzili z celi na spacerniak, do lekarza, czy nawet na widzenie z rodziną. Bali się, że źle skończą. Kiedy się zorientowałem, jak to wszystko się odbywa, miałem się cały czas na baczności. Oczy zawsze otwarte – wspomina Mirosław G.

    Nieustanne napięcie psychiczne w połączeniu z kiepskim jedzeniem i słabą opieką lekarską szybko odbijają się na zdrowiu policjanta. W ciągu kilku tygodni pogarsza mu się wzrok, psują zęby. Na początku długiego majowego weekendu pojawia się stan zapalny zęba, jednak żaden z lekarzy nie pełni wtedy dyżuru w areszcie. – Czwartego dnia tych tortur ropa wytworzyła takie ciśnienie, że ząb wystrzelił jak pocisk. Nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe – wspomina.

    14. Jakie jest uzasadnienie aresztowania? Tu od początku nic się nie klei. Mirosław G. dostaje między innymi zarzut ujawnienia tajemnicy służbowej Popowskiemu w związku z osiągnięciem korzyści majątkowej. Tyle że Popowski nie dostaje żadnego zarzutu w związku z korumpowaniem Mirosława G. Zarzuty wyglądają, jakby były przygotowywane na kolanie.

    Po trzech miesiącach Mirosław G. opuszcza więzienie. Popowski zostaje za kratkami. – Co trzy miesiące przedłużali mi areszt, zawsze na podstawie tych samych przesłanek, przeklejonych na zasadzie kopiuj-wklej z poprzedniej decyzji. W moim przypadku było to zagrożenie wysokim wyrokiem, rozwojowa sprawa. Jak mogła być rozwojowa, skoro nie przybywało żadnych nowych dowodów? Gdyby moi prawnicy nie zadziałali, mogli mnie trzymać tam latami – mówi Popowski, który ostatecznie opuścił areszt po dziewięciu i pół miesiąca.

    – Najgorsze jest to, że podczas aresztowania w dowolnej chwili mogli wziąć mnie na przesłuchanie i wiele się dowiedzieć na temat porwania. Nie zrobili tego ani razu. Z jakiegoś powodu oni chcieli, żebym milczał.

    15. Sprawa uderza w kariery obu mężczyzn. Aresztowanie w świetle kamer podkopuje zawodową wiarygodność Popowskiego. – W ciągu 9 miesięcy aresztu straciłem około 300 tysięcy złotych. Nie lepiej było po wyjściu, bo co to za detektyw, którego zatrzymują antyterroryści. Z początku ludzie odmawiali współpracy ze mną z powodu zarzutów, które mi postawiono – mówi.

    Parę ładnych lat zajmuje mu odbudowanie pozycji w zawodzie. Zaczyna realizować sprawy dotyczące zdrad małżeńskich. Na podstawie tych doświadczeń zaczyna pisać poczytne poradniki. Jeden z nich staje się kanwą do komedii romantycznej "Porady na zdrady".

    Zajmuje się audytami i zabezpieczeniem kontrwywiadowczym w firmach. Jednak zniszczonego zdrowia odbudować się nie da. W areszcie pojawiły się poważne problemy z kręgosłupem.

    Areszt całkowicie załamuje karierę Mirosława G. w policji. Jest zawieszony w obowiązkach, czuje na sobie łatkę "kreta", czyli donosiciela. Za kadencji ówczesnego komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego dochodzi do prób wyrzucenia policjanta dyscyplinarnie z pracy, co się ostatecznie nie udaje, ponieważ zgodnie z prawem tego typu zwolnienie powinno być zawieszone do ogłoszenia wyroku.

    Dziś były komendant główny "totalnie nie pamięta" takiej osoby. Próby powrotu Mirosława G. do aktywnej służby zawsze kończą się na odmowie przełożonych z uzasadnieniem, że formalnie wciąż jest oskarżony. Instytucja, która ze swej natury powinna chronić własnych funkcjonariuszy, odwraca się od Mirosława G. W 2007 roku przechodzi na dobrowolną emeryturę.

    Po wyjściu z aresztu obaj mężczyźni podejmują próby złożenia wyjaśnień w swoich sprawach. Wydaje się, że większe możliwości jako policjant ma Mirosław G. Pisze do komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego i podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Adama Rapackiego. Nigdy nie dostaje odpowiedzi od żadnej z tych instytucji.

    16. Dopiero w 2007 roku dochodzi do aresztowania porywaczy i morderców Krzysztofa Olewnika. W następnych miesiącach wszyscy trzej popełnią samobójstwa.

    19 czerwca 2007 roku wiesza się w swojej celi herszt bandy Wojciech Franiewski. 4 kwietnia 2008 roku w ten sam sposób kończy życie Sławomir Kościuk. Także w wyniku powieszenia 19 stycznia 2009 roku umiera Robert Pazik. Pół roku później wiesza się także Mariusz K., strażnik, na którego służbie popełnił samobójstwo Franiewski. Kluczowi świadkowie w sprawie nie żyją.

    Zniszczeniu ulegają także kolejne dowody. W czerwcu 2008 roku w magazynie budynku policji w Olsztynie, w którym znajduje się 231 bezcennych dowodów w sprawie Olewnika, pęka rura ściekowa. Fekalia zalewają m.in. odciski palców zabezpieczone w domu ofiary. Prokuratura uznaje to za wypadek losowy. W 2015 roku w Sądzie Rejonowym w Elblągu giną w nieznanych okolicznościach kolejne cztery tomy akt.

    17. Powoli zamykane są kolejne wątki sprawy, ale Marcin Popowski i Mirosław G. wciąż mają zarzuty, choć na temat ich aresztowania ojciec zamordowanego mężczyzny Włodzimierz Olewnik ma jasne zdanie: – Oni wiedzieli, że śledztwo idzie nie w tym kierunku, że sprawa jest mataczona i padli tego ofiarą – mówi. – Komuś to przeszkadzało, ktoś bał się, że mój syn zostanie odnaleziony i sprawa wyjdzie na jaw i podłożyli im świnię. To jest niewyobrażalna rzecz. Tak samo robiono z moją rodziną. Ja się już potem bałem z policjantami rozmawiać.

    Politycy, którzy w tamtym okresie chętnie wypowiadali się na temat sprawy, dziś nie pamiętają lub nie chcą pamiętać. Były szef MSWiA Ryszard Kalisz o Mirosławie G. mówił w telewizji: "W grupie utworzonej w 2004 roku okazało się, że jest kret. (…)  On został skazany". Teraz mówi Onetowi: "kompletnie nie przypominam sobie takiej sytuacji".

    Dziś wiadomo, że Mirosław G. nie był kretem. Nigdy nie został też skazany.

    18. Sprawa się toczy, choć bardziej siłą rozpędu niż nowych materiałów. W akcie oskarżenia widnieją te same zarzuty, które postawiono byłemu policjantowi i detektywowi 23 marca 2006 roku. Mimo "rozwojowej sprawy", o której słyszeli w areszcie, od 11 lat nie pojawiły się nowe wątki. W tym czasie oskarżeni ponad 100 razy stawiali się na wezwania policji, prokuratury, sądów.

    Po 11 latach rozprawy Marcinowi Popowskiemu i Mirosławowi G. sąd zaczyna dopiero odczytywać materiał niejawny. Onet dotarł do informacji, że materiał nie potwierdza tez oskarżenia. Potwierdza za to, że Popowski był dla policji cennym kontaktem.

    Policjanci na różnych płaszczyznach korzystali z usług detektywa, nie tylko przy sprawie Krzysztofa Olewnika, ale także bardzo ważnego wątku dotyczącego zabójstwa komendanta głównego policji Marka Papały i paru innych spraw związanych z bezpieczeństwem wewnętrznym. Dlaczego komuś zależało, aby w tej konkretnej sprawie Popowski został wyłączony z gry?

    19. – Gdyby policja chciała, uratowałaby Krzysztofa Olewnika w 2003 roku. Gdyby skorzystała z moich rad, znalazłaby morderców w 2004 roku. Zamiast tego zrobili wszystko, żebym milczał – mówi Popowski. Dlaczego tak się stało? – W najlepszym wypadku były to działania, które miały zamaskować ich nieudolność. W najgorszym, zamaskować ślady prowadzące do kogoś innego. Wątpię, byśmy kiedykolwiek się tego dowiedzieli.

    Nadzieję na ujawnienie "kogoś innego" traci nawet ojciec Krzysztofa Olewnika. – Wszyscy nabrali wody w usta. Była sejmowa komisja śledcza, powstał raport. Śledztwo miało być zakończone do 15 grudnia 2017 roku, ale czy się zakończyło? Nie mam żadnej odpowiedzi – mówi Włodzimierz Olewnik.

    Detektyw i były policjant chcieliby dochodzić swoich praw, ale to nie będzie łatwe. Dziwnym zbiegiem okoliczności zniknęła także spora część materiału dowodowego, która dotyczyła bezpośrednio ich, jak na przykład rozmowy Popowskiego z Włodzimierzem Olewnikiem. Po przeszukaniu mieszkania detektywa zaginęła też prowadzona przez niego teczka sprawy Krzysztofa Olewnika. Kiedy po konfiskacie sprzętu komputerowego Mirosława G. do ekspertyzy ABW oddano mu jego dysk komputerowy, okazało się, że brak na nim całego folderu z mailami.

    Obaj mężczyźni mają żal do systemu, że potraktował ich jak pospolitych złoczyńców. – Tego, że wsadzili mnie do aresztu na podstawie sfabrykowanych papierów, nie wybaczę im do końca życia. Nie jestem k..., złodziejem, łapówkarzem! Jestem policjantem! – mówi Mirosław G.

    – Mam refleksję, że zamiast sumiennie szukać porywaczy i zleceniodawców zbrodni na Krzysztofie Olewniku, trwoniono siły i środki na zajmowanie się moją osobą, tylko po to, abym się nie plątał przy ojcu ofiary, wskazując mu nowe możliwości śledcze czy istniejące uchybienia i braki w pracy policji – dodaje Popowski.

    20. Po 16 latach od uprowadzenia Krzysztofa Olewnika Marcin Popowski i Mirosław G. pozostają jedynymi oskarżonymi w tej sprawie.

    Autor: 
    Marcin Wyrwał
    Źródło: 

    Onet

    Dział: 

    Dodaj komentarz

    CAPTCHA
    Przepisz kod z obrazka.