W Kalifornii właśnie pojawił się poważny problem, który może rozlać się na całe USA

ak to już jest, że w końcowej fazie hossy i całego cyklu koniunkturalnego, można się nieźle pogubić. Choć klasyczne wskaźniki ekonomiczne szczytują, jak np. wzrost PKB w USA, to od spodu pojawia się coraz więcej pęknięć, które są bacznie obserwowane przez ekonomistów. Jednym z nim jest kondycja rynku nieruchomości, szczególnie w takim stanie, jak Kalifornia. A tam nie dzieje się najlepiej.

Rynek nieruchomości w Stanach Zjednoczonych coraz częściej zaczyna trafiać na pierwsze strony mediów biznesowych. Nie są to jednak pochlebne artykuły. My również na Business Insider Polska pisaliśmy kilka dni temu, że sprzedaż nowych domów w USA w czerwcu wyniosła 631 tys., choć analitycy spodziewali się, że wyniesie 668 tys. Był to zupełnie nieoczekiwany spadek i pierwszy sygnał ostrzegawczy dla amerykańskiej gospodarki.

- Amerykański rynek nieruchomości dał kolejny już klarowny sygnał dotyczący koniunktury w tym sektorze. Tym razem już nie o zbliżaniu się, ale o rozpoczęciu procesu przesilenia w hossie. Tego typu informacje są bacznie obserwowane przez ekonomistów ze względu na rolę rynku nieruchomości w gospodarce USA oraz na udział tego typu aktywów w majątku gospodarstw domowych. Sygnały z rynku nieruchomości posiadają również potwierdzone empirycznie cenne walory prognostyczne dla innych branż - tłumaczy relewantność wskaźników mieszkaniowych Alfred Adamiec z Private Wealth Consulting.

 

Sprzedaż domów w Kalifornii spada. To problem dla USA

Jak przekonuje, w awangardzie procesów rynkowych w sektorze nieruchomości sytuuje się stan Kalifornia, a zwłaszcza jego południowa część z takimi miastami jak: Los Angeles, San Diego, Riverside, czy Ventura. To racja. CNBC pisze, że w przeszłości sytuacja w Kalifornii, jednym z największych rynków mieszkaniowych w Stanach, była zapowiedzią trendów w reszcie kraju.

Analityk przytacza opublikowane w tym tygodniu przez CoreLogic dane dla tego regionu, które wskazują na bardzo wyraźny - 11,8-proc. r/r spadek sprzedaży nieruchomości mieszkalnych w czerwcu. Zarówno na rynku pierwotnym i wtórnym. 

Stało się to po osiągniętym kilka miesięcy temu szczycie, kiedy media obiegały takie absurdy mieszkaniowe, jak sprzedaż spalonego domu w Dolinie Krzemowej za ponad 900 tys. dol. (tłumaczono ją wartością gruntu, ale cena nadal była mocno wyśrubowana).

 

Co ważne, w południowej Kalifornii sprzedaż miesiąc do miesiąca spadła o 1,1 proc. Może wydawać się, że to niewiele, ale trzeba mieć na uwadze, że średnia zmiana z maja na czerwiec, sięgająca 1988 roku, wynosi 6 procent na plus.

- Spadek zdarzył się w okresie, gdy mediana wartości transakcji sprzedaży wzrosła aż o ponad 7 proc., osiągając kwotę powyżej 530 tys. dolarów. Tę rozbieżność tendencji tłumaczy się sukcesywnym wycofywaniem się ze strony popytu mniej zamożnych Amerykanów - wyjaśnia Adamiec.

- Nie stać ich na drożejące domy czy mieszkania, nie widzą perspektywy wyraźnej zwyżki swoich dochodów, a zauważają sukcesywnie rosnące koszty obsługi kredytów hipotecznych - podkreśla.

 

Kalifornia może wywołać lawinę. "Przekleństwo dla USA"

Skąd takie zachowanie się Amerykanów? Analityk PWC wskazuje na zbyt wolno rosnące koszty pracy.

- To, co dla wyceny spółek giełdowych jest błogosławieństwem - bardzo wolno rosnące koszty pracy, dla szerokiego rynku nieruchomości, a w dalszej kolejności dla całej gospodarki, może stać się przekleństwem. Brak wyraźniejszego wzrostu wynagrodzeń obniża siłę nabywczą pokaźnej części społeczeństwa amerykańskiego, co skłania ją do nadmiernego zadłużania się lub do rezygnacji z zakupów niektórych dóbr. A to w efekcie ogranicza siłę wzrostu gospodarki lub naraża ją na poważne szoki w okresie dekoniunktury - przestrzega.

Jego zdaniem w porównaniu do 2008 r. obecnie USA posiadają znacznie słabsze "bezpieczniki" na taki trudny czas.

- Tak zgodnie orzekli w ostatnich kilku dniach były szef Fed Ben Bernanke i byli sekretarze Skarbu - Timothy Geithner i Henry Paulson. Wskazali na znacznie wyższy deficyt i zadłużenie państwa, a także na ciągle znacznie luźniejszą politykę monetarną niż dekadę temu. I choćby z tego względu Amerykanie z uwagą obserwują takie sygnały, jak ten ze słonecznej Kalifornii - przekonuje.

 

PKB USA oparte na konsumpcji

Zasobność portfeli Amerykanów to teraz temat numer jeden dla ekonomistów na całym świecie. Dzieje się tak dlatego, że gospodarka USA, podobnie jak w Polsce, w lwiej części opiera się na konsumpcji. Przypomnijmy, że w piątek poznaliśmy dane dot. wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych za II kw. 2018 r. Wypadły one zgodnie z założeniami - wzrosły o 4,1 proc. kw/kw w ujęciu zannualizowanym.

- Przyspieszenie tempa wzrostu PKB wynikało głównie z umocnienia konsumpcji, w tym głównie towarów (w szczególności dóbr trwałego użytku). Spadła dynamika inwestycji (5,4% k/k saar vs 8,0% k/k w 1q), w szczególności w sprzęt oraz nakłady na patenty i licencje - piszą ekonomiści PKO BP.

Według nich spadek zapasów, jak i wypracowywane przez przedsiębiorstwa zyski powinny wspierać wzrost inwestycji w kolejnych miesiącach. - Z kolei rozgrzany rynek pracy i cięcia podatkowe oznaczają, że najważniejszym źródłem wzrostu PKB pozostanie konsumpcja, która jednocześnie prowadzić będzie do umocnienia presji inflacyjnej. Oczekujemy, że dynamika aktywności gospodarczej pozostanie wysoka w kolejnych kwartałach i zacznie spowalniać dopiero w 2019 - przewidują.

- Pomimo bardzo dobrego odczytu za drugi kwartał, prognozy Rezerwy Federalnej utrzymują wzrost PKB w 2018 roku na poziomie 2,8 procent - pisał specjalnie dla Business Insider Polska Robert Galoch, analityk Rkantor.com. To prawda. Tylko nieliczni ekonomiści oczekują, że tempo wzrostu w USA będzie trwało. W drugiej połowie roku prognozowane jest spowolnienie dynamiki wzrostu średnio do 2,8 proc. w całym 2018 roku. Następnie gospodarka dalej zwalniałaby do 2,4 proc. w 2019 r. i 2 proc. w 2020 r.

 

Autor: 
Damian Szymański
Źródło: 

businesinsider.com

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.