Już wiemy, o jakich niebezpieczeństwa mówił minister Błaszczak.

W tym roku organizatorzy Przystanku Woodstock z Jurkiem Owsiakiem na czele nie mieli łatwego życia. Politycy Prawa i Sprawiedliwości i ministrowie z Mariuszem Błaszczakiem na czele przeszkadzali jak tylko mogli, chcąc nie dopuścić do odbycia się festiwalu. Uzasadnienie było jedno: to impreza podwyższonego ryzyka. My już wiemy, jakiego

Mariusz Błaszczak przez wiele miesięcy mówił, że Przystanek Woodstock to impreza podwyższonego ryzyka. Podawano wszystkie możliwe argumenty (z zagrożeniem terrorystycznym na czele), aby zniechęcić organizatorów do zorganizowania tegorocznej edycji. Było już blisko, na co wskazywał dramatyczny apel Jurka Owsiaka. Jednak Przystanek się rozpoczął. Tymczasem dzisiaj popołudniu okazało się, że minister spraw wewnętrznych i administracji miał rację. Woodstock niesie ze sobą prawdziwe niebezpieczeństwo. 

Kierowcy zmierzający do Kostrzynia kompletnie sparaliżowali ruch na drogach. W korku utknął dziennikarz Bartosz Węglarczyk, również jadący na tę imprezę. Jak napisał na Twitterze – "nudził się w korku" i sfilmował samochody, które w żaden sposób nie mają jak dojechać do celu.

Teraz widać, co miał na myśli Mariusz Błaszczak. Ale po co było wymyślać zagrożenie terrorystyczne i zmuszać do zatrudnienia ogromnej ilości ochroniarzy? Bardziej niż na przed sceną, przydaliby się do kierowania ruchem i wytyczania objazdów.

W następnym roku, Jurek Owsiak będzie musiał zatrudnić lizakowych.

Autor: 
Mateusz Marchwicki
Źródło: 

NaTemat.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.