O wyborach wybiórczo

Wybory pokazały bardzo wiele, ale kilka zjawisk zasługuje na wnikliwą uwagę: spektakularny koniec mitu lewicy spod znaku SLD, partii - by tak rzec prowizorycznie – „awanturniczych” („Samoobrona”, „Sierpień 80”) oraz fenomen „czarnego konia” wyborczego, który stał się niemalże koniem trojańskim, jakim jest „Ruch Palikota”.

Frekwencja uplasowała się na normalnym dla Polski, a także krajów rozwijających się poziomie. Ilość osób biorących aktywnie udział determinuje wiele czynników, tym tak niezależne, jak pogoda czy biomet. Nie można tutaj wiele zrobić – po prostu nie wszystkich wybory interesują, nie wszyscy są w stanie fizycznie dojechać, wreszcie – istnieje zjawisko „negatywnego głosowania”: ci, co zostają w domach - świadomie lub nie - również głosują. Najbardziej zdyscyplinowany elektorat miała tradycyjnie lewica, jednak twardy elektorat ma od lat także PiS (szczególnie środowiska „Radia Maryja” i toruńskiej uczelni o. Rydzyka, telewizji „Trwam”, księdza Natanka, ale nie tylko – także wśród elit akademickich), a także Ruch Palikota. W dalszej części chcę zastanowić się nad przyczyną sukcesu tego ostatniego, pomijając analizy porażki PiS i kompletnego niewypału wyborczego w postaci PJN, z której to pożogi uratowała się jedynie na czas Joanna Kluzik-Rostkowska, w ostatniej chwili przechodząc do drużyny PO.

Jeśli chodzi tedy o Ruch Palikota (notabene: zapewne prezydium powinno pomyśleć o zmianie nazwy na mniej „wodzowską”), wyjaśnień tutaj może być kilka. Oto ludzie pragną czegoś nowego, co nie będzie ani zbyt „sztywniackie”, ale i nie będzie kojarzyć się z lewicą w dawnym, socjalistyczno-komunistycznym sensie. Wyborcy RP nie wszyscy wiedzą pewnie, że głosowali jednak de facto na lewicę – dokładniej: dawne lewe skrzydło PO. Palikom wyraźnie gromadzi wystraszonych wizją come-back’u IV RP, którzy – równocześnie - rozczarowali się dotychczasowymi, czteroletnimi rządami Tuska. Liczne niezrealizowane obietnice to tylko część tego mechanizmu. Nie bez znaczenia jest mało podkreślany w komentarzach fakt wykluczenia charyzmatycznego wodza – jakby lustrzanego odbicia Rydzyka czy Kaczyńskiego – z szeregów partii rządzącej. Wodza, któremu jednak - co widać, a co nie jest tylko wizerunkiem marketingowym - na czymś mocno zależy. Połączenie tedy ekskluzji społecznej z niewątpliwą charyzmą dało w efekcie niesamowite trzecie miejsce zaraz po PO (39 %), Pis (29%) z 10%-owym poparciem. Kim są przeciętni wyborcy Palikota? Jak wygląda statystyczny wyborca tego Ruchu?

Socjologowie stworzyli kilka modeli, które można zastosować do głównych partii w Polsce. Oto na przykład mówi się, że PO gromadzi dynamicznych młodych yuppies, singli wielkomiejskich, którzy mają w życiu jasno wytyczone cele, często prowadzą własną działalność i generalnie są optymistami. Ludzie PO nie śpieszą się do spełniania tradycyjnych ról społecznych – rodzinnych, zawodowych, bo chcą najpierw coś osiągnąć. Trudno im tedy odmówić pewnej mądrości – założenie rodziny w czasach turbulencji niesie spore ryzyko. Ludzie, wybierający rządy PO są nastawieni pokojowo, a od świata nie oczekują zbyt wiele. Nie ciąży na nich zbytni idealizm – raczej stąpają mocno po ziemi. Jednocześnie sprzeciwiają się powrotowi do mitycznego PRL-u – na pytanie, czy żyje im się lepiej po dwudziestu latach trudnej transformacji ustrojowej, zgodnie odpowiadają: „yes, of course”.

PiS z kolei to partia ludzi z jednej strony konserwatywnych (zwłaszcza w dziedzinie obyczajów, rodziny, wychowania, itd.), a z drugiej jakby z czegoś niezadowolonych. Lider przegranej partii komentując wyniki, stwierdził, że większość ludzi uznała, że „jest dobrze” i zaraz dodał: „my pozostajemy przy opinii, że w Polsce dzieje się źle i to trzeba zmienić” (cytat parafrazowany). W ten sposób PiS, mając w dodatku program gospodarczy mocno socjalny, a zarazem ceniący patriotyzm i wartości niematerialne, zbiera czy koncentruje wokół siebie ludzi rzeczywiście jakoś marginalizowanych, lecz czasem i świadomie stojących poza main-stream’em życia polityczno-społecznego.

Zmniejszająca się na całym świecie rola rolnictwa i produkcji rolnej skutkuje zmniejszeniem wpływów tradycyjnych partii ludowych. Wraz z przechodzeniem do społeczeństwa opartego na informacji, wiedzy i umiejętnościach miękkich maleje rola partii pracy o rodowodzie robotniczym, zwiększa się natomiast rola partii, które nie boją się innowacji, niepewności, nowinek technicznych, a także – poważnych dyskusji publicznych i debat, przełamujących tematy tabu. W ten sposób sukces odnoszą tacy politycy, jak Waldemar Pawlak, który otwarcie przyznaje się do fascynacji nowymi technologiami, a klęskę ponoszą politycy „czystej idei”. Mit Palikota widziałbym tutaj jako swoisty znak czasów – rosnącej laicyzacji, która niekoniecznie musi oznaczać z miejsca ateizację, jak chcieliby zwolennicy PiS (a co jest bardzo istotne!), malejących wpływów duchowieństwa, odchodzenia od społeczeństwa opartego na ciągłości tradycji, wartościach „patriarchalnych” w kierunku czegoś, co nazwałbym pełną nowoczesnością. Palikot uosabia tedy mit absolutnej, niemal anarchicznej wolności, której znakiem szczególnym jest „zielony listek” – i ten z konopii, ale i listek figowy, który należy zdjąć, przyłączając się do zniszczenia obłudy i manifestacji klimatu szlagieru „Chałupy welcome to” bardziej niż dostojnej ciszy katedry z muzyką organową w tle.

To młodzież, która nie ogranicza swego życia do kilku piosenek oazowych, swej turystyki – do dorocznej pielgrzymki na Jasną Górę, a swojego intelektu – do uczenia się na pamięć pytań z katechizmu. Ta młodzież nie chce jako jedynego autorytetu w dziedzinie moralności seksualnej zakonnika kapucyna, a w dziedzinie literatury – pani od polskiego w rogowych okularach (koniecznie nowej Siłaczki!). Młodzież ma prawo nie wierzyć starszym. Gdyby Einstein uwierzył w Newtona, nie sformułowałby swej teorii, bo rozsadzała ona stary świat mechaniki. Podobnie jest w społeczeństwie – należy zrozumieć tęsknoty części Polaków do wygodnego świata, w którym wszystko – pozornie – było jasne (było raczej szare niż jasne), lecz młodzież ma prawo podważać autorytety (zwłaszcza – fałszywe), ma prawo znaleźć swoją drogę życia i ma prawo powiedzieć „nie” uświęconej tradycji, często po prostu dusznej.

W tym sensie RP wspiera PO w walce o prymat gospodarki – nie można zwyczajnie ludziom mówić o duchowości i moralności (co też jest ważne!), jeśli nie mają co włożyć do garnka następnego dnia. Pojawia się tu problem odwieczny – czego pragną ludzie? Otóż jednym z pragnień młodych jest chęć wyżycia się i zaznania przygody. I w tym nic się w naturze człowieka nie zmieniło. Młodzież potrzebuje wizji, śmiałych pomysłów, obudzenia kreatywności, poszanowania ich poglądów, wyrażanych na murach, w graffiti, plakatach, spotach, a także w muzyce rap czy hip-hop. Młodość ma święte prawo do buntu, bo jest to wpisane w naturę człowieka. Gdyby nie bunt, nie powstałoby wiele nowych idei, dzieł sztuki i literatury – należy tedy przepracować jeszcze raz myślenie o roli tradycji, która nie może dusić człowieka. Tradycja, która jest kagańcem, cierpi na patologię, którą leczy samo społeczeństwo, oddając głosy na RP. Dlatego, choć uważam, że intelektualnie RP wiele jeszcze musi przetworzyć, jest to partia młoda, której należy dać czas. Prawdą jest, że budowanie Polski młodej bez ludzi starszych się nie uda. Jednak w sytuacji starzejącej się populacji w całej Europie, potrzeba było świeżej krwi, oderwania myślowego oraz zwyczajnie sympatycznej „zadymy” Palikota. Jeśli partia ta przemyśli najważniejsze sprawy polskie, a jest ich niemało i stworzy dobre programy (bo nie wystarczy jeden program!), wybierając najlepsze z nich – nie stanie się epizodem, lecz wniesie trwały wkład w ciągle młodą demokrację w naszym kraju.

Autor: 
Rafał Sulikovski

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.