Z tarczą i na tarczy. Kilka słów o wyborach

Jako obserwator, stojący z dala od polityki, ale zarazem interesujący się przyszłymi losami Polski i Europy, chciałbym skomentować krótko niedzielne wybory do parlamentu. Artykuł z zamierzenia nie ma być stronniczy – kultura polskiej polityki promuje co prawda subiektywizm w ocenach, jednak przy odrobinie wysiłku można postarać się o bardziej obiektywne spojrzenie w perspektywie tego, co jest istotne i co wychodzi na pierwszy plan.

Odnieść można wrażenie, które podchwyciły zresztą od razu media zachodnie, że walka wyborcza nie rozegrała się tym razem pomiędzy dwiema silnymi partiami, przypominającymi trochę angielski podział na partię pracy i konserwatystów czy amerykańskich demokratów i republikanów. Walka prawdziwa, ta ukryta za fasadą spotów, banerów i reklam, przebiegała na trzech frontach. Oto doszedł jeszcze jeden przeciwnik, przeciwnik bardziej Pis niż PO, czyli rosnący w siłę Ruch Palikota, gromadzący – co tu dużo mówić – ludzi dość luźno związanych z tradycją i wartościami, które w ekonomii promuje partia rządząca przy pomocy ludowców.

To nadchodzi młode pokolenie – i na tym chciałbym się skupić w dalszym ciągu tekstu. To młodzież już nie klasycznych yuppies, czyli dynamicznych, robiących karierę w latach 90., mających określone, choć dość prozaiczne cele życiowe – dorobić się, założyć rodzinę, rozwijać się szybko. To zupełnie inne pokolenie, które nie pamięta już komuny. To pokolenie internetowe, trochę wirtualne, z lekką mgiełką obłędu w oczach, ale zarazem pokolenie silne, twórcze i co tu dużo mówić – mające szansę odmłodzić parlament. Nie można bez końca załamywać rąk i wykluczać tych młodych, bo czyż rzeczywiście winą ich jest, że w niedzielę wolą dyskotekę niż kościół? Pytam wcale nie prowokacyjnie: nie sądzę, żeby ponad milion wyborców Palikota to byli sami zdemoralizowani ludzie. Nie łudźmy się – nadchodzi nie tyle czas jakiejś rewolucji, co dyskusji. Nie wolno dłużej wzajemnie się wykluczać: auditu et altera pars! Pozwólmy mówić drugiej stronie. Tym samym trzeba trochę przejść do porządku dziennego nad tym, co się stało. Rację ma Jarosław Kaczyński, który sądzi, że w Polsce dzieje się niedobrze. Jednak, aby coś zmienić, należy umieć rozmawiać. Ze wszystkimi bez wyjątku.

Dlaczego dziś młodzi idą za Nergalem czy Palikotem, wolą politykę miłości niż wieczną wojnę? Mam wrażenie, że młodzi czują się też dyskryminowani przez starszych. Istnieją teorie, całkiem poważne, tłumaczące zjawisko gerontokracji, czyli przewagi starszych w zarządach, rządach i korporacjach, starzeniem się społeczeństwa. Jeśli tak, to obrazek z tramwaju – starszy pan czy pani, którzy na widok młodej, ciężarnej matki, pozwalają sobie na niewybredne uwagi! – pozwala zobaczyć drugą stronę medalu – wykluczenie z powodu wieku. Nie jest niczyją winą, że ktoś jest młody czy stary, a zjawisko wykluczenia jednych i drugich, czy jednych przez drugich, ewidentnie istnieje. Dlaczego?

Polityka to taka dziedzina, która dotyczy wspólnego dobra, wymagając sporej mądrości. Nie sądzę, aby partie „stare” same poradziły sobie z nadchodzącą drugą falą kryzysu. Bez młodych, nie tylko tych dawnych yuppie z PO, ale pokolenia urodzonego gdzieś około 1990 roku, które po raz pierwszy startowało aktywnie w wyborach, starsi nie poradzą sobie z sytuacją wewnętrzną i sprawami zagranicznymi. Nie byłoby dobrze, gdyby parlament nie otrzymał świeżej krwi – to też jest pewien dobry aspekt. Inna sprawa, że z młodymi zwyczajnie trudno dyskutować – są bardzo pewni siebie, walczą, krzyczą, są nastawieni bojowo – ot, młodzi gniewni. Starsi zresztą im nie ustępują, co pokazały niektóre zeszłoroczne zdarzenia. Jeśli młodzi dziś poszli za Palikotem, to raczej nie z sympatii do tego polityka. Ani on przystojny, ani zbyt mądry – raczej ikona „rerum novarum”, z tym, że Papież Leon XIII nie bał się napisać słynnej encykliki, a ludzie związani z prawicą, obojętnie spod jakiego znaku, trochę boją się tego świata. Racja, że świat jest w opłakanym stanie. Ale wieczne moralizowanie nie pomoże. Tu trzeba innej wizji – a co by nie powiedzieć, stety czy nie, ale RP ma wizję: młodzi chcą, aby ich życie nie było obciążone, żeby było szczęśliwe. A to, że niekiedy mylą przyjemność ze szczęściem? Pytanie, czy należy jeszcze światu dokładać cierpień? Mało jest cierpienia? Pytam odważnie: czy należy jeszcze wieczną kłótnią dodawać cierpienia? Nakładać ciężary, których nie da się i tak udźwignąć? Nie oczekujmy od ludzi – jak Słowacki – że będą aniołami. Koniecznie bez ciała, i broń Boże bez pokus. Nie będą. I całe szczęście.

Jeśli chcemy zmienić Polskę, bo wbrew temu, co głosi PO, że „Polska w budowie”, należy sporo zmienić, nie można lekceważyć także i tych, którzy nie mają kultury religijnej (bo i skąd?) ani zwykłej kultury publicznej. Jestem zdania, że przy pewnym wysiłku można rozmawiać z każdym. Oczywiście, nie można zgadzać się na wszystko. Są sprawy, które powinny stać się oczywiste – ochrona życia, prymat małżeństwa różnopłciowego, zakaz aborcji i eutanazji, zakaz prostytucji czy posiadania narkotyków. Upieranie się jednak przy mało ważnych szczegółach, jak np. czy powiesić krzyż w klasie i urzędzie czy nie, odciąga naszą uwagę od priorytetów. Oczywiście, ideałem byłaby tolerancja – krzyż jako znak zbawienia i symbol ofiary ma takie same prawa, jak inne symbole religijne, ale żyjemy w niedoskonałym świecie. Niestety, wielu ludzi wierzących daje się wpuścić w dyskusje o rzeczach mało istotnych, podczas gdy inne, ważne kwestie, jak rozwody, alkoholizm, bieda, uzależnienia, wykluczanie chorych psychicznie, słabe płace i dyskryminacja kobiet, przemoc w rodzinie, itd. Itp., są zepchnięte na margines. Najpierw warto zająć się sprawami pierwszej wagi – bezpieczeństwo, energia, praca i godna płaca, reforma systemu emerytalnego, system pomocy osobom słabszym, pomoc emigrantom i innymi sprawami, dosłownie setkami spraw, a dopiero potem dyskutujmy, czy powieszenie krzyża to przemoc nad niewierzącymi, czy habit ma być czarny czy biały (może szary?), albo czy w podręcznikach postać czarownicy to promowanie magii. Jeśli będziemy rozwodzić się nad rzekomą szkodliwością lektur, Harrym Potterze, to naprawdę nic nie zmienimy. Nie jestem osobiście wcale pewien, czy robienie awantury wokół dziedziny tak skomplikowanej (wiem o tym jako literaturoznawca z wykształcenia), jaką jest literatura, nie przynosi więcej szkody niż pożytku. Oczywiście, wszystkiego można zabronić, tylko, że w ten sposób skazujemy się rzeczywiście na bycie obok.

Można wszystkiego zabronić. Oczywiście. Tyle, że jak pokazuje historia, tradycja, wieczne nakazy i zakazy potęgują negatywne zjawiska. Tak to się dzieje, że natura ludzka jest dość przekorna. I mnożenie przepisów, ustaw, artykułów zaciemnia jasność spojrzenia na świat. Bo może się okazać, że sytuacja nie jest wcale tak beznadziejna. Wziąć się do roboty i zdobyć odrobinę tolerancji. Wiem, że trudno tolerować zło. Ale istnieją poglądy, całkiem poważnych myślicieli, że z największego zła Opatrzność potrafi wyprowadzić dobro. I jestem pewien, że tak się stanie.

Autor: 
Rafał Sulikovski

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.