USA: ​Prokurator Mueller okrąża prezydenta

Robert Mueller się nie cacka, Donald Trump to wie, ale i on jest twardym graczem. Wojna podjazdowa między prezydentem USA a prokuratorem specjalnym wkracza w decydującą fazę. W tej rozgrywce to jednak prezydent ma do dyspozycji, jak to się mówi, opcję nuklearną.

Rod Rosenstein, zastępca prokuratora generalnego, być może nie zdawał sobie sprawy, że podpala lont nie tylko pod obecną administracją, ale i całą amerykańską polityką.

17 maja 2017 r. Rosenstein zatrudnił Roberta S. Muellera III (jego pełne imię spowodowało, że nadano mu niegdyś ksywę "Bobby Trzy Kreski"), by poprowadził śledztwo w sprawie rosyjskiej ingerencji w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 roku. Celem dochodzenia jest zbadanie m.in. związków między sztabem Donalda Trumpa a ludźmi Kremla, a także "wszelkich spraw, które mogą wyniknąć podczas śledztwa".

To kluczowe sformułowanie, bowiem daje Muellerowi zielone światło na ściganie wszelkich przestępstw, na jakie natrafi.

Rosenstein zwrócił się do Muellera po tym, jak Donald Trump zwolnił szefa FBI Jamesa Comeya za to, że nie chciał on odpuścić rosyjskiego dochodzenia. Dlaczego Rosenstein, a nie jego zwierzchnik? Otóż prokurator generalny Jeff Sessions wykluczył się ze śledztwa ze względu na swoją aktywność w sztabie Trumpa i spotkania z rosyjskim ambasadorem w trakcie kampanii wyborczej.

Zatrudnienie Muellera miało zagwarantować, że sprawa rosyjskiej ingerencji zostanie wyjaśniona w niezależnym, ponadpartyjnym śledztwie.

73-letni Mueller (Amerykanie czytają "Maler") to idealny wybór: republikanin ceniony również przez demokratów, weteran wojny w Wietnamie, najdłużej urzędujący szef FBI (2001-2010) od czasów J. Edgara Hoovera. Specjalnie dla niego Kongres uchwalił ustawę pozwalającą mu pełnić funkcję jeszcze przez dwa kolejne lata; wynik głosowania w Senacie: 100 do 0.

Mueller objął stery Biura tydzień przed zamachami z 11 września, a później z powodzeniem przeobraził służbę tak, by skoncentrowała się na bezpieczeństwie narodowym.

 

Już 19 oskarżonych

Po odebraniu nominacji od Rosensteina Bobby Trzy Kreski zabrał się do pracy z rozmachem. Każdy kolejny tydzień przynosi postępy w śledztwie.

Dochodzenie pod okiem Muellera prowadzi 16 śledczych, a cała ekipa, którą zarządza, liczy blisko 40 osób.

Zespół Muellera idzie szeroko: analizuje każdy przejaw rosyjskiej ingerencji, od cyberataków po nielegalny lobbing, sprawdza każde spotkanie, każdy kontakt między sztabowcami Trumpa a ludźmi Kremla, drąży, czy Rosja dysponuje materiałami kompromitującymi miliardera, wreszcie bada przepływy finansowe otoczenia obecnego prezydenta i samego prezydenta pod kątem potencjalnego konfliktu interesów, a także wyjaśnia potencjalną obstrukcję wymiaru sprawiedliwości.

Jak dotąd Robert Mueller podpisał się pod zarzutami dla 19 osób: 13 Rosjan, pięciu Amerykanów i jednego Holendra.

Wśród zatrzymanych są tak prominentne osoby jak były szef sztabu wyborczego Donalda Trumpa Paul Manafort (13 zarzutów, w tym pranie brudnych pieniędzy i spisek przeciwko Stanom Zjednoczonym), jego zastępca Rick Gates (również 13 zarzutów), były doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa generał Michael Flynn (przyznał się do składania fałszywych zeznań w sprawie kontaktów z Rosjanami) czy były doradca Trumpa ds. międzynarodowych George Papadopoulos (również przyznał się do okłamania śledczych).

Ponieważ prokuratorzy federalni mają ponad 90-proc. skuteczność przed sądami, wszyscy oskarżeni znaleźli się w poważnych tarapatach. Tym, którzy jeszcze nie współpracują, grozi wieloletnia odsiadka. Taktyka Muellera jest prosta: znaleźć wszystko co się da na ludzi Trumpa (zarzuty dla Manaforta i Gatesa dotyczą głównie przekrętów finansowych), a następnie skłonić ich do współpracy w kwestii rosyjskiej. Z kolei Flynn i Papadopoulos zostali przyłapani na mataczeniu w sprawie stanowiącej główny wątek dochodzenia.

Prezydent USA wielokrotnie zapewniał, że nie było żadnej współpracy z Rosjanami, ale wiadomo już, że do spotkań dochodziło (m.in. z prawniczką Natalią Weselnicką czy rosyjskim ambasadorem Siergiejem Kislakiem), a z maili Donalda Trumpa juniora wynika, że sztab entuzjastycznie zapatrywał się na możliwość dostarczenia przez Rosjan haków na Hillary Clinton.

Słowo klucz: obstrukcja

Jeden z wątków śledztwa może być dla prezydenta USA szczególnie groźny. Czy Donald Trump, już jako prezydent, utrudniał działania wymiaru sprawiedliwości?

Czy dopuścił się obstrukcji działań FBI, żądając od Jamesa Comeya bezwzględnej lojalności, odpuszczenia Michaelowi Flynnowi ("to porządny facet"), "przegnania rosyjskiej chmury", która nad nim wisi, a następnie zwalniając Comeya?

Szarych stref w postępowaniu głowy państwa jest więcej: po tym, jak Comey oznajmił, że FBI prowadzi śledztwo w sprawie powiązań sztabu Trumpa z Kremlem, prezydent zadzwonił do dwóch szefów służb: Dana Coatsa i Michaela S. Rogersa z oczekiwaniem, że publicznie oświadczą, iż nie ma żadnych dowodów na takie powiązania. Panowie uznali tę prośbę za niestosowną i sporządzili na jej temat notatki.

Według Andrew McCabe’a, który objął stanowisko szefa FBI po Comeyu, Trump dopytywał go, na kogo głosował w wyborach z 2016 roku.

Prezydent publicznie oznajmił też, że gdyby wiedział, iż Jeff Sessions wykluczy się z rosyjskiego śledztwa, nigdy by go nie zatrudnił. Decyzja Sessionsa utrudniła Trumpowi wpływanie na śledztwo.

Czy te wszystkie zdarzania układają się w obstrukcję wymiaru sprawiedliwości? To właśnie bada Robert Mueller, starając się wyjaśnić m.in. wszystkie okoliczności zwolnienia szefa FBI. Przypomnijmy, że właśnie ten zarzut formułowano wobec zarówno Richarda Nixona, jak i Billa Clintona.

 

Opcja nuklearna

Wydaje się, że Donald Trump ma w tej rozgrywce przewagę siły i władzy. Teoretycznie mógłby nawet Roberta Muellera zwolnić.

Prezydent dwukrotnie - w czerwcu i w grudniu - miał zaordynować współpracownikom taki krok, jednak został od tego pomysłu odwiedziony.

Widać jednak, że ręka prezydenta już leży na przycisku z opcją nuklearną. Ostatnio zaczął krytykować Muellera po nazwisku na Twitterze, a Biały Dom oświadczył, że w ocenie prezydenta ma on możliwość zwolnienia prokuratora specjalnego.

To jednak nie takie proste, jak by się mogło wydawać.

Prokuratora specjalnego można zwolnić tylko w określonych ustawą sytuacjach m.in. w przypadku sprzeniewierzenia się powierzonej funkcji, niezdolności do jej sprawowania, konfliktu interesów, naruszenia przepisów Departamentu Sprawiedliwości.

Dymisję musiałby wręczyć Rosenstein, a ten oświadczył, że obecnie nie ma podstaw, by w ogóle dyskutować o zwolnieniu Muellera.

Trump może polecić Rosensteinowi zwolnienie prokuratora specjalnego, ale musi przedstawić na piśmie konkretny powód. Gdyby jednak powód był wyraźnie dęty, a prezydent po prostu próbował ukręcić sprawie łeb, Rosenstein mógłby się w takiej sytuacji podać do dymisji. Wtedy Trump musiałby szukać kogoś, kto wykona polecenie.

Nie wiadomo jednak, czy zwolnienie Muellera spowodowałoby automatyczne rozwiązanie zespołu śledczego. Przepisy nie są tutaj precyzyjne. Wiadomo natomiast, że zarzuty już postawione nie zostałyby cofnięte, sprawa więc - choćby w tych wątkach - toczyłaby się dalej.

Co więcej, zwolnienie Roberta Muellera wywołałoby trudną do przewidzenia polityczną burzę, a utrudnianie dochodzenia stałoby się oczywiste.

W reakcji na pogłoski o możliwym zwolnieniu prokuratora demokraci i część republikanów już zapowiadają, że przygotują specjalną ustawę chroniącą Muellera i jego śledztwo.

 

Opinia publiczna nie pozna wyników śledztwa?

Według nieoficjalnych informacji śledztwo Roberta Muellera potrwa jeszcze przynajmniej przez cały 2018 rok.

Dochodzenie zakończy się sporządzeniem poufnego raportu, który zostanie przekazany na ręce Roda Rosensteina. Dopiero on zadecyduje, czy upublicznić materiał albo np. przekazać go Kongresowi. Teoretycznie opinia publiczna może nigdy nie dowiedzieć się, co ustalił Robert Mueller.

Ale jak na wytrawnego gracza przystało, znalazł on na to sposób.

Mueller, choć nie wygłasza oświadczeń, nie organizuje konferencji, nie udziela wywiadów, ba, nie pokazuje się publicznie, to jednak bardzo sprytnie komunikuje się z opinią publiczną poprzez obszerne akty oskarżenia podejrzanych w śledztwie. Te akurat podlegają upublicznieniu i dają pewien obraz tego, co udało się do tej pory ustalić.

Jednak w przypadku samego raportu znów możemy mówić o przewadze siły po stronie prezydenta - mógłby wydać Rosensteinowi polecenie, by go utajnić.

W takiej sytuacji ktoś z otoczenia Muellera, bo on sam uchodzi za człowieka obsesyjnie przestrzegającego reguł, mógłby, "w interesie publicznym", puścić do prasy przeciek z ustaleniami śledztwa.

W przypadku utajnienia raportu, podobnie jak w sytuacji ewentualnego zwolnienia Muellera, Trump ryzykowałby jednak wywołaniem politycznego trzęsienia ziemi, które mogłoby doprowadzić do wszczęcia procedury impeachmentu, już niezależnie od wyników śledztwa.

Usunięcie prezydenta z urzędu nie opłaca się jednak demokratom, dla których lepiej byłoby, gdyby Trump ciągnął ze sobą na dno republikanów. Z kolei tym republikanom z najbardziej "czerwonych" stanów impeachment też nie jest na rękę, bo mógłby rozgniewać żelazny elektorat prezydenta.

 

I jeszcze ta nieszczęsna sprawa z gwiazdą porno...

Trump mógłby więc spać spokojnie, gdyby nie kolejne piętrzące się kłopoty. Adwokat prezydenta na odcinku rosyjskiego śledztwa, John Dowd, nieoczekiwanie zrezygnował, natomiast agenci FBI przeszukali biura Michaela Cohena - wieloletniego prawnika i powiernika prezydenta.

Cohen, w trakcie kampanii wyborczej, miał zapłacić byłej gwieździe porno Stormy Daniels 130 tys. dolarów za milczenie w sprawie jej romansu z Donaldem Trumpem. To powszechna praktyka wśród celebrytów, tyle że taki przelew może łamać przepisy dotyczące kampanii wyborczych.

W trakcie nalotu śledczy przejęli maile, rozliczenia podatkowe, księgi, dokumentacje przelewów (w tym na konto Stormy Daniels), a także nagrania rozmów telefonicznych.

Nalot został przeprowadzony we współpracy ze śledztwem Roberta Muellera, a dokumenty zostaną wykorzystane również i w tym dochodzeniu.

Żartowano, że Cohen złamał podstawową zasadę świata prawniczego: upewnij się, że to twój klient pójdzie siedzieć, a nie ty.

 

Ale czy to w ogóle możliwe?

Amerykańscy konstytucjonaliści spierają się, czy jest w ogóle możliwe postawienie urzędującego prezydenta w stan oskarżenia.

Kenneth Starr, prokurator specjalny w czasie prezydentury Billa Clintona, wywodził, że prezydent może usłyszeć zarzuty za poważne przestępstwa, niezwiązane z obowiązkami głowy państwa. "Nikt, nawet prezydent Clinton, nie jest ponad prawem" - napisał w notatce ujawnionej przez "New York Times".

Jednak jego zastępca, Paul Rosenzweig, stwierdził niedawno:

"Mueller nie postawi Trumpowi żadnych zarzutów. Koniec kropka. Spekulowanie, że może być inaczej, to czysta fantazja".

Autor: 
Michał Michalak
Źródło: 

Interia

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.