Eksperci: nieprofesjonalny list, który obnażył słabość strategii PiS i motywacje Amerykanów

List ambasador USA w Warszawie Georgette Mosbacher do premiera Mateusza Morawieckiego wzbudził wiele kontrowersji. Podzielił też rozmówców Onetu. O ile forma listu została jednoznacznie skrytykowana, o tyle ocena motywacji działań ambasador już nie. Dostało się też rządowi PiS.  

  • Niechlujstwo, liczne błędy, literówki oraz niezgodność ze sztuką dyplomacji – to najczęściej powtarzane przez naszych ekspertów oceny listu
  • Wątpliwości pojawiały się, gdy pytaliśmy o to, czy ambasador kierowała się bardziej obroną wolności słowa i mediów czy ochroną amerykańskiego biznesu w Polsce
  • Przy okazji publikacji listu z ust komentatorów padły słowa o republice bananowej, grze na jednym fortepianie na arenie międzynarodowej i niskiej wiarygodności w rozmowach z europejskimi partnerami

 

Nieprofesjonalny list

- Brakuje zwrotów grzecznościowych, a jego układ graficzne zawiera wiele błędów. Jest byle jaki, niestarannie napisany i wbrew ogólnie przyjętym zasadom korespondencji w dyplomacji – mówi Onetowi dr Janusz Sibora, znawca protokołu dyplomatycznego.

Zdanie to podziela ambasador Jan Wojciech Piekarski, który zwraca uwagę nie tylko na literówki, ale także na to, że list nie spełnia podstawowych kryteriów urzędowego listu ambasadora do Prezesa Rady Ministrów. – Powinien był być napisany na firmowym papierze z amerykańskim godłem, a tego nie było. Co więcej, nie można pisać, że kopia do prezydenta i szefa MSWiA nad głównym adresatem.

- List nie został napisany w sposób profesjonalny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – dodaje prof. Roman Kuźniar.

- Jest skandaliczny i jest obrazą dla premiera. A może celowo przekręcono nazwisko Morawieckiego, żeby okazać brak szacunku? – pyta dr Sibora. – Żadnego działania z premedytacją w tym nie było. Być może pośpiech – odpowiada ambasador Piekarski. Według niego list ten mogła stworzyć osoba, która nie ma praktyki dyplomatycznej. W związku z tym dokument nie spełniał rutynowych norm protokolarnych. – Dlatego numerem dwa w ambasadzie jest zawsze zawodowy dyplomata, tym bardziej, jeśli numerem jeden jest osoba nominowana politycznie, która nie ma takiego doświadczenia.

Prof. Kuźniar zwraca uwagę, że za stronę formalną, która świadczy o braku profesjonalizmu nie odpowiada tylko ambasador, ale przede wszystkim cała amerykańska placówka dyplomatyczna w Warszawie. - Pani Mosbacher zrealizowała instrukcję, która przyszła z Waszyngtonu. Sama tego listu nie pisała, ma od tego sekretariat. Ambasador przyszła na placówkę, będąc człowiekiem "nie z tej bajki", a z innego świata, dlatego o stronę formalną powinna zadbać placówka - mówi ekspert.

 

Obrona wolności mediów czy amerykańskiego biznesu w Polsce?

Według profesora stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego Amerykanie dali listem wyraz swojemu zaniepokojeniu, że Polska przestaje spełniać warunki art. 2 Traktatu Waszyngtońskiego. Tam jest mowa o wolnych instytucjach.

Prof. Kuźniar przyznaje jednak, że sygnały, które płynęły zza Oceanu były niejednorodne. - Prezydent Trump niespecjalnie się tym interesował. Mosbacher jest człowiekiem Departamentu Stanu, a tam są zawodowcy i mieli w tym zakresie większe pojęcie. Nie udawajmy, że chodzi tylko o biznes i kasę. Chodzi o jedno i drugie - mówi ekspert.

W podobnym tonie wypowiada się ambasador Piekarski. Według niebo Mosbacher występuje w roli obrończyni amerykańskich interesów - wartości i wolności prasy oraz interesów firm z USA działających poza granicami kraju. - To zachowanie ambasadora, który troszczy się o interesy swojego kraju. To właściwy i naturalny krok - twierdzi.

- Nie wiem, czy pani Mosbacher występuje w obronie mediów, co byłoby bardzo chwalebne, czy w obronie firmy amerykańskiej w Polsce. Wydaje mi się, że chodzi o to drugie. Gdyby naprawdę chodziło o wolność słowa i mediów to strona amerykańska zajęłaby się tym już dawno, bo mieli sporo okazji – mówi z kolei dr Sibora.

Ekspert od protokołu dyplomatycznego zauważa, że kryzys w polskich mediach trwa od co najmniej stycznia 2016 roku. - Od wtedy masowo zaczęto usuwać dziennikarzy ze stanowisk. Amerykanie wówczas milczeli w tej sprawie, dlatego obecna ich postawa jest niewiarygodna. Dziś mamy do czynienia z próbą kierowania działaniami rządu. To nie jest negocjowanie. Tu widzimy ewidentną walkę o lepszą pozycję amerykańskiego biznesu, który i tak w Polsce traktowany jest ulgowo - ocenia Sibora.

Dr Sibora odnosi się też do słów rzeczniczki Departamentu Stanu. Heather Nauert, która powiedziała, że ambasador Mosbacher "świetnie reprezentuje Departament Stanu i rząd Stanów Zjednoczonych w Polsce. Co się tyczy listu, nie będę tego komentowała". – Ta wypowiedź jest niespójna i butna. Nauert powinna była przeprosić stroną polską za błędy, które znalazły się w liście. Kiedy wychodzi na konferencję prasową, jest doskonale przygotowana i na pewno znała szczegóły - mówi ekspert.

 

Republika bananowa, gra na fortepianie i rozmowa o konkretach

Prof. Kuźniar uważa, że najbardziej przykrą rzeczą, która wyszła na jaw przy okazji publikacji listu ambasador do premiera jest to, że obóz rządzący zapracował sobie na pozycję republiki bananowej, przypominającej te, które istniały w Ameryce Łacińskiej. O co chodzi?

- Cokolwiek nasza ekipa rządząca zrobi, Amerykanie przymkną na to oko, bo przecież zależy im na tym, by mieć przyjaciela w tej części Europy, któremu można sprzedawać broń itd. W związku z tym Waszyngton traktuje takie kraje w sposób, w jaki w przeszłości traktował przywódców republik bananowych. Prezydent Duda i minister Waszczykowski oswoili Amerykanów z myślą, że wobec Polski można stosować tzw. klientelizm – np. zapłacimy i kupimy bezpieczeństwo. Stworzyliśmy niestety też wrażenie, że do polskiego premiera można w ten sposób pisać - uważa ekspert.

Z kolei zdaniem dra Sibory na podstawie dotychczasowego życia zawodowego Donalda Trumpa można było się spodziewać, że od początku kadencji prezydent będzie traktował dyplomację w sposób brutalny i biznesowy. – Tymczasem nasza polityka jest całkowicie skupiona na grze na jednym fortepianie. Skupiliśmy się tylko na relacjach z USA i przez to też jesteśmy mało wiarygodni w rozmowach z krajami europejskimi na forum UE - mówi.

Według eksperta "ktoś z kręgu naszej władzy nie był zadowolony z postawy pani ambasador zdecydował się upublicznić list". - To mało profesjonalny przeciek kontrolowany. Podejrzewam, że to dlatego, że rząd nie ma już się jak bronić, bo dał się zagnać do narożnika. Mamy zatem do czynienia z obroną przez upublicznienie. Teraz to eksperci i publicyści mają zająć się tymi rozżarzonymi węglami - komentuje dr Sibora.

Co w dalszej kolejności powinien uczynić polski rząd? – Z naszej strony nie powinno być żadnego oficjalnego odnoszenia się do listu – tłumaczy ambasador Piekarski. Jego zdaniem powinno się odbyć spotkanie wyższego urzędnika – albo z MSZ, albo Kancelarii Premiera – z ambasador. - MSZ nie był adresatem, więc może powinien to załatwić szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. Należałoby porozmawiać z nią na temat meritum sprawy. Do formy bym nie wracał. Jak zaczniemy się kłócić z panią ambasador to nic dobrego z tego nie wyjdzie - ocenia dyplomata.

Autor: 
Kamil Turecki
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.