OPOZYCJA W KLESZCZACH

Prawo i Sprawiedliwość rządzi niepodzielnie od trzech lat i większość znaków na niebie i ziemi podpowiada, że jeszcze długo tę władzę utrzyma. No, przynajmniej następną kadencję. Opozycja głównego nurtu kojarzona jest przede wszystkim z Komitetem Obrony Demokracji oraz pozbawionymi wiarygodności i politycznie zbankrutowanymi politykami Platformy Obywatelskiej. Pozostałe uwagi krytyczne wobec gabinetu Mateusza Morawieckiego - ciskane tak z prawej, jak i z lewej strony społecznego sporu - są zaledwie małym szeptem w hałasie na temat konstytucji, demokracji czy konfliktu polsko-unijnego. A szkoda, bo może gdyby były słyszalne, opozycja miałaby realne szanse na prześcignięcie partii Jarosława Kaczyńskiego.

Rewolucja, wbrew opowieściom poetów, nie rodzi się z poczucia utraty wolności, suwerenności czy innych abstrakcyjnych pojęć. Intelektualno-romantyczna otoczka to zaledwie efekt wtórny ruchawek, które rodzą się z powodu pustego lub bardzo skurczonego żołądka. Tak było w czerwcu 1956, tak samo było czternaście lat później na Wybrzeżu. Takie są prawa rewolucji, która ma potencjał do zyskania powszechnej aprobaty. Połączone siły Komitetu Obrony Demokracji oraz niewiarygodnych działaczy Platformy czy Nowoczesnej postanowiły rozpocząć ofensywę przeciw władzy drogą odwróconej kolejności - najpierw wzniosłe frazesy o demokracji i europejskości, a dopiero później... No właśnie, co później? Bo przecież nie gospodarka - na jej temat opozycja wypowiada się najmniej, choć od ekonomii najbardziej zależy nasze życie.

Demokracja, jakkolwiek ważna i pożądana, nie jest gwarantem ani dobrobytu, ani przyzwoitości. Historia głośno już zarechotała, gdy autorytarna, sanacyjna Polska jako pierwsza postanowiła bić się z Hitlerem, podczas gdy zachodnie demokracje nierzadko chciały z narodowym socjalizmem pertraktować (i często to robiły). Albo wtedy, gdy demokratyczna Grecja bankrutowała na oczach całego świata. Zrozumcie, drodzy Państwo, że system demokratyczny jest ważny, ale najważniejsza jest gospodarka. Obywatele w pierwszej kolejności potrzebują jedzenia i pieniędzy, dopiero później karty wyborczej i długopisu. To właśnie dlatego opozycja od jakiegoś czasu przegrywa w popularności z partią Jarosława Kaczyńskiego - bo bazuje głównie na sloganach o demokracji; dotyka abstrakcji, zamiast zacząć od konkretu.

A PiS, co nie by nie mówić, zaczął bardzo konkretnie, od samego początku swego rządzenia serwując obywatelom socjalne i gospodarcze projekty. Pierwsze skutki tej polityki, jak choćby już podniesiona stopa inflacji czy pogłębiająca się dziura budżetowa, widoczne są już teraz - ale nie dla większości, lecz dla bardziej zainteresowanych. Poważniejsze skutki, odpukać, przyjdą za kilka lub kilkanaście lat, a i wtedy mało kto połączy je z posunięciami ekipy Morawieckiego. Wielu Polaków widzi dzisiaj żywą gotówkę płynącą do kieszeni z programu 500+ i nie przyjmuje do wiadomości, że na program ten każdy obywatel płaci średnio ponad 600 zł (dane Forum Obywatelskiego Rozwoju). Innymi słowy – średnio każdy Polak płaci ponad 600 złotych za 5 stów, które otrzyma co któreś dziecko, no ale, jak to się mówi, czego oczy nie widzą… Albo co widać i czego nie widać, jak zapytałby Frederic Bastiat ?

Na pewno spora część obywateli nie widzi dalekosiężnych, nieprzyjemnych skutków związanych z polityką aktualnej ekipy rządowej. Widzi to, co tu i teraz, a do tego widzi ideę. Bo PiS może się podobać lub nie, ale przynajmniej szaty idei próbuje przyodziać. Forsuje, przynajmniej w teorii, model Polski solidarnej, stojącej dumnie naprzeciw liberalnego, wolnorynkowego paradygmatu. Nadwiślański kraj, jakże mocno skażony wirusem realnego socjalizmu; kraj, w którym nawet Solidarność nie miała rynkowych postulatów na sztandarach, a przedsiębiorczym ludziom przyszywaną pogardliwą łatę „prywaciarzy” - taki kraj to prawdziwe eldorado dla etatystycznych polityków.

Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło tak długo, jak długo nie pojawi się alternatywa w postaci ugrupowania wiarygodnego i konkretnego w swych postulatach. To ugrupowanie powinno kojarzyć się nie tylko z rozsądnym programem, ale również ideą – na tyle silną, by zyskać dusze wyborców. Tak jak ideą Kukiz’15 były jednomandatowe okręgi wyborcze, na fali których ugrupowanie weszło do Sejmu. Tak jak Platforma w 2007 roku, gdy przejęła władzę, obiecując liberalną rewolucję. Ckliwe hasła o demokracji czy wolnych mediach to nie idea; mogą co najwyżej rozśmieszyć obywateli – zwłaszcza, gdy padają z ust polityków, za czasów których bezpieka z ABW szarpała Sylwestrem Latkowskim na oczach całej Polski. Współczesną opozycję definiuje jedynie aprioryczna niechęć do obozu rządzącego, a to za mało. Działacz wolnościowy Mateusz Błaszczyk napisał kiedyś na łamach Wprost, że antysystemowcom brakuje idei. Idei – jak również rozsądnych programów – brakuje, moim zdaniem, także tej bardziej systemowej opozycji. Przejmie władzę, gdy uzupełni te braki.

Autor: 
Paweł Jankowski

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.