Quo vadis, czyli ślepa uliczka współczesnego kapitalizmu

Często stwierdza się, że źródłem wielu codziennych problemów jakiegoś kraju jest rząd. Prawdy w tym jest więcej, niż pierwotnie przypuszczano, bo nie chodzi jedynie o politykę, religię, korupcję czy poziom bezrobocia.

Korzeń tego zjawiska faktycznie tkwi w obecnym modelu makroekonomicznym, w którym obywatel znajduje się w egzystencjalnej niewoli od pierwszej pracy aż do emerytury, w którym obywatel nie jest pewny swojej przyszłości, zaś podział zysków ze wszystkich zasobów naturalnych odbywa się wyłącznie wśród szeroko pojętych rządzących. Tutaj odruchowo przypominasz sobie Marksa, który zauważył wiele z tych wad. Jednak w większości współczesnych krajów społeczeństwo nie jest marksistowskim dwuklasowym, ale co najmniej trójklasowym, z klasą średnią między burżuazją a proletariuszami, która stanowi przysłowiowe 99%, przeciwstawiane 1%. Również marksistowska dyktatura proletariatu jest już nieaktualna, podobnie jak zakaz własności prywatnej, nie mówiąc już o kolektywizacji rolnictwa. W ten sposób, kosztem pozbawienia pewnych praw, teoria socjalizmu tworzyła iluzoryczną równość.

Mówiąc inaczej, to tak, jakby na przykład zebrać wszystkie kobiety i dla produkcji naturalnych peruk przymusowo obciąć wszystkim włosy, nawet tym, które wolą długie. Przodownik socjalizmu, były Związek Radziecki, co prawda, zapewnił obywatelom, między innymi, mieszkania na podstawie nieodpłatnej i wieczystej dzierżawy od państwa, z możliwością dziedziczenia. Ale z drugiej strony w próbie uwolnienia ludzi od wyzysku socjalizm faktycznie uczynił ich niewolnikami pracy w taki sam sposób, jak kapitalizm. W sowieckim modelu socjalizmu było porzekadło „kto nie pracuje, ten nie je”, które zostało pierwotnie zapisane w konstytucji i jest nadal aktualne. Przypominało to "amerykański sen" i protestancką etykę pracy.

Jednak kapitalizm dobitnie pokazał w skali globalnej, że człowiek nie powinien być egzystencjalnie zmuszony do pracy, zaś ona nie powinna być konieczna do przetrwania. To nie jest zawsze oczywiste wobec powszechnego kultu pracy, utrwalonego od wieków pod wpływem makroekonomii. Ale przez cały okres swego istnienia odpłatna praca często nie była i nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem do zarabiania pieniędzy czy wręcz przetrwania. Pod tym względem nie jest tajemnicą fakt, że znaczna część ludzi pracuje na budowach, w handlu czy w sprzątaniu nie dlatego, że chce im się tam pracować, tylko dlatego, że nie mogą znaleźć innej pracy, szczególnie tej zgodnej z ich wykształceniem albo zamiłowaniem. I tutaj dochodzimy do sedna tej kwestii. W 1962 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło rezolucję 1803, która mówi: „Prawo ludów i narodów do niezbywalnej suwerenności nad ich bogactwem i zasobami naturalnymi powinno być wykonywane w interesie ich dobrobytu narodowego, ludności zainteresowanych państw”. Oznacza to, że zasoby naturalne należą do dobra wspólnego i my wszyscy mamy prawo do godnej części zysku z tych zasobów. A to nie tylko surowce, ale też ziemia i odnawialne źródła energii. Teoretycznie to było sprawiedliwe od zarania dziejów, ale rezolucja ONZ sformalizowała ten wątek, nadając mu kształt prawny. Mimo tego ta rezolucja jest dość mało znana i w praktyce lekceważona przez wiele państw na świecie.

Typowymi przykładami krajów bogatych w zasoby naturalne, ale bardzo niekorzystnie rozdzielających zyski z nich są Rosja, Wenezuela i Republika Południowej Afryki (RPA). Rosja obecnie zajmuje pierwsze miejsce w wydobyciu ropy (przed Arabią Saudyjską w 2016 r.) i ósme pod względem jej zasobów, pierwsze pod względem zasobów gazu ziemnego i diamentów, pierwsze pod względem wydobycia palladu, drugie co do wielkości produkcji platyny, trzecie pod względem zasobów złota i czwarte pod względem wielkości produkcji srebra. Mimo tego ten kraj nie może się pochwalić takim samym poziomem życia, jak na przykład Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Kuwejt, które swoją gospodarkę zbudowały wyłącznie na ropie. I strach sobie wyobrazić, na ile bogatymi byłyby Kuweit czy Emiraty, gdyby oprócz ropy posiadałyby jeszcze tyle samo zasobów, co Rosja. A poza tym podczas wydobycia ropy naftowej powstaje towarzyszący jej gaz ropopochodny, który zamiast spalania doczekał się praktycznego zastosowania. Republika Południowej Afryki zaś zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem zasobów platyny, drugie pod względem zasobów złota i piąte pod względem zasobów diamentów. Co więcej, aż do 2006 roku RPA zajmowała pierwsze miejsce na świecie w wydobyciu złota. Wenezuela tymczasem zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem zasobów ropy. Ale jak wiadomo, nic z tego nie przyniosło korzyści mieszkańcom tych krajów.

Podobnie rzecz ma się w Polsce, przy czym wątek własności zasobów naturalnych był poruszany wielokrotnie. W 1990 roku profesorowie PAN, pracownicy Centrum Podstawowych Problemów Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią Julian Sokołowski, Wiesław Blaschke, Janusz Dziewański, Anna Jankowska-Klapkowska i Roman Ney skierowali list otwarty do Komisji Konstytucyjnej Sejmu o umieszczenie w konstytucji zapisu, iż „zasoby atmosfery, biosfery, hydrosfery i litosfery w granicach Rzeczypospolitej Polskiej są własnością Narodu”. Ten list zniknął bez śladu, a zapisu do konstytucji nie dokonano. W 2015 roku w internecie zostało opublikowane zestawienie zasobów mineralnych kraju, opracowane przez mgr inż. Andrzeja Łodzińskiego pod tytułem „Zatajone przed Polakami bogactwa Polski, czyli największe oszustwo PRL-bis (tzw. III RP)”. W 2018 roku w „Augustowskim Reporterze” ukazał się artykuł „8 bilionów zł pod naszymi stopami”. Jak podaje w artykule ekspert Jerzy Ząbkiewicz, „mamy ok. 376 mln ton czystego żelaza, 96,4 mln ton tytanu i ok 14 mln ton wanadu. Ponadto, mamy nikiel, chrom, molibden, gal tak ważny w przemyśle komputerowym. Znamy też wartość tych metali dzięki chociażby giełdzie londyńskiej, gdzie np. tytan to 20-24 tys. dolarów za tonę. Po zbilansowaniu nasze złoża warte są 7-8 bilionów złotych. A to nie wszystko, bo w otoczeniu tej rudy jest piękna skała - labradoryt - skała półszlachetna, która oszlifowana służy do ozdób, części elewacji, podłoża, dekoracji”. W 2019 roku stowarzyszenie Ruch Kontroli Władzy opublikował na swojej stronie internetowej list otwarty, podpisany przez 11 polskich polityków „W obronie polskich zasobów”. List, m.in., stwierdził, że „możliwa dywidenda, przypadająca na statystycznego Polaka w okresie jego średniego życia (ok 75 – 80 lat) z eksploatacji i głębokiego przetworzenia naszych bogactw naturalnych może osiągnąć poziom ok. 1 miliona zł” i że „jedynym narzędziem, które definitywnie udaremni władzy proces wywłaszczania Polaków z tych najcenniejszych aktywów, są stosowne zapisy prawne w Konstytucji RP, uwłaszczające Polaków na zasobach naturalnych kraju celem wypłacania Im dywidendy”.

Wobec tego na ile uzasadnione jest nakładanie podatku dochodowego przez państwo bogate w zasoby naturalne? A pośrednio dotyczy to nawet bezrobotnych, którzy w większości krajów kupując cokolwiek płacą VAT. Chociaż podatki w Polsce są ogólnie przewidziane zarówno w konstytucji, jak i w odrębnych ustawach, brak  jest obliczeń co do zasadności opodatkowania na tle zasobności Polski w surowce i innych źródeł dochodu. Tymczasem na świecie jest co najmniej dziesięć krajów wolnych od podatku dochodowego, bo wystarczają im dochody z innych źródeł. Należy zaznaczyć, że to nie tylko roponośne Kuwejt czy Emiraty, ale także na przykład Bahamy i Malediwy, których podstawowym źródłem dochodów jest turystyka. Wszystkie te kraje są kilkakrotnie mniejsze od większości innych pod względem powierzchni i różnorodności zasobów naturalnych. Zniesienie podatku dochodowego było planowano również w byłym ZSRR w ustawie „O zniesieniu podatków od wynagrodzeń pracowników i urzędników” z dnia 7 maja 1960 roku, jednak ostatecznie do tego nie doszło. W przypadku podatku VAT kupujący ma prawo zapłacić tylko za jego koszt produkcji i wartość dodaną producenta, bez podatku od wartości dodanej, ponieważ cena każdego wyprodukowanego produkt składa się tylko na te dwie wartości. Problem tutaj tkwi na samym początku łańcucha podatkowego, gdzie państwo nie będąc bezpośrednim uczestnikiem transakcji pobiera część kwoty zapłaconej przez producenta dostawcy surowców. Producent dodaje wartość dodaną do gotowego wyrobu, ale państwo nakłada podatek również  od tej wartości. W efekcie, aby zrekompensować swoją wartość dodaną, producent zmuszony jest sztucznie zwiększyć rzeczywistą wartość wytworzonego wyrobu, co przekłada się na wyższą niż pierwotnie cenę. Ostatecznie kupujący przepłaca za towar, zaś producent otrzymuje zysk netto z wartości dodanej, ponieważ VAT za niego opłaca kupujący. Tymczasem podatek dochodowy zapłacony przez tego samego kupującego nie jest mu bezpośrednio zwracany. Można zaprzeczyć: przecież najbardziej udany skandynawski model gospodarki jest zbudowany właśnie na wysokich podatkach, dzięki czemu finansowane są wysokojakościowe usługi socjalne i ludzie są zadowoleni! To prawda. Ale podatki w tym skandynawskim modelu są głównym, o ile nie jedynym źródłem finansowania sektora społecznego, tymczasem zasoby naturalne, jak w większości innych krajów, w tym modelu są zmonopolizowane przez państwo. Model skandynawski w zasadzie nie zna finansowania swojego programu socjalnego ze źródeł innych niż podatki. Wysokie skandynawskie zasiłki dla bezrobotnych są faktycznie finansowane poprzez przepompowywanie pieniędzy od jednego mieszkańca do drugiego.

 

 

Jak na razie podstawą dobrobytu pozostaje ostatecznie banalna wypłacalność, która dla przeciętnego obywatela jest teraz maskowana pod hasłami miejsc pracy, ścieżki karierowej, osiągnięć sportowych czy samochodu. W poprzednich epokach ta sama wypłacalność zapewniała na przykład niewolników czy zbroję rycerską z koniem. Monopolizując zasoby naturalne, skazując własny naród na zachcianki rynku pracy i jednocześnie nakładając na naród różne podatki, państwo faktycznie uzależnia naród od siebie, niczym w średniowiecznym ustroju wasalnym i lennym. Wielu zaczyna szukać wyjścia w pożyczkach, kryptowalucie lub piramidach finansowych, ktoś desperacko decyduje się na kradzież, oszustwo albo handel narkotykami. Dlatego też obecny kapitalizm można określić jako neofeudalizm. Samo pojęcie neofeudalizmu nie jest nowe, ono było używane przez amerykańskiego ekonomistę Johna Galbraitha jeszcze w 1961 roku. Dodatkowo obecne czasy wykazały kruchość całego współczesnego kapitalizmu, który jest niezdolny radzić sobie ekonomicznie w nadzwyczajnych okolicznościach, takich jak pandemia COVID-19. Rozwiązaniem tego problemu przynajmniej w Polsce nadal pozostają stosowny zapis w konstytucji o narodowej własności zasobów naturalnych, oraz wprowadzenie tak zwanego bezwarunkowego dochodu podstawowego dla polskich obywateli, finansowanego w pełni lub w części z zysków od tych zasobów. Bo to od dawna jest prawem nas wszystkich, poczynając od bezdomnych i żebraków, których często się spotyka na polskich ulicach. 

 

Autor: 
Togrul Safarow

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
6 + 2 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.