Przyjął na ciało 6 kul w starciu z zabójcą, a po latach PiS objęło go ustawą dezubekizacyjną.

- Wyszedłem rano na zakupy i czułem się zupełnie inaczej niż wcześniej. Radość jest ogromna. Ja dobrze żyję z ludźmi, mam wielu przyjaciół, którzy mnie wspierali, ale zawsze jest tak, że dopóki nie zostaniesz oczyszczony przed sądem, to sąsiedzi mogą różnie o tobie myśleć. Na zasadzie: „skoro była taka ustawa i wzięli mu emeryturę, to może faktycznie zrobił coś złego”. Takie piętno wisi nad człowiekiem. Te dziwne spojrzenia, podteksty... - mówi Wojciech Raczuk, w PRL milicjant kryminalny z sekcji zabójstw. Sąd przywrócił mu emeryturę niesprawiedliwie zmniejszoną na podstawie ustawy dezubekizacyjnej.

  • Polskie państwo uznało, że Wojciech Raczuk działał na rzecz totalitarnego systemu, w związku z czym obniżyło mu emeryturę do 854 zł
  • W rzeczywistości Raczuk działał w sekcji zabójstw; w trakcie służby niemal zginął z rąk Józefa Koryckiego, słynnego bandyty z czasów PRL
  • Raczuk zaskarżył decyzję o zmniejszeniu emerytury do sądu; ten wczoraj stanął po jego stronie, przyznając, że został potraktowany "rażąco niesprawiedliwie"
  • Raczuk: czuję radość i ulgę, ale to nie koniec, zamierzam się bić dalej o sprawiedliwość, teraz dla wielu moich kolegów, ofiar tej ustawy

Janusz Schwertner: Co czujesz?

Wojciech Raczuk, były milicjant kryminalny: To wszystko jeszcze do mnie nie dotarło. Nie spodziewałem się, że rozprawa może być tak stresująca. Ale już jest dobrze...

 

Sąd uznał, że system potraktował cię w sposób „rażąco niesprawiedliwy”. Nie byłeś żadnym komunistycznym zbrodniarzem.

Obudziłem się dziś w innym świecie. Naprawdę. Wyszedłem rano na zakupy i czułem się zupełnie inaczej niż wcześniej. Radość jest ogromna. Ja dobrze żyję z ludźmi, mam wielu przyjaciół, którzy mnie wspierali, ale zawsze jest tak, że dopóki nie zostaniesz oczyszczony przed sądem, to sąsiedzi mogą różnie o tobie myśleć. Na zasadzie: „skoro była taka ustawa i wzięli mu emeryturę, to może faktycznie zrobił coś złego”. Takie piętno wisi nad człowiekiem. Te dziwne spojrzenia, podteksty...

Co ci najbardziej uwierało?

Zmniejszenie emerytury to jest jedna sprawa, ale najgorsze są te epitety. Ja tam rządzących nie chcę oceniać, ale wiem, że zrobili rzecz bardzo niesprawiedliwą. Rzucają w nas hasłami w stylu: „zbrodniarze”, „oprawcy”, ciągle powtarzają, że „działaliśmy na rzecz totalitarnego systemu”. Wiesz, oni mi honor odebrali, godność. Od tego nie ma nic gorszego. Mój pradziad był powstańcem styczniowym, dziadek walczył na froncie II wojny światowej. A ja nagle zostaję ogłoszony zbrodniarzem komunistycznym. To boli jak cholera.

Jak to się stało, że w ogóle załapałeś się na „ustawę dezubekizacyjną”?

Przez 5,5 miesięca pracowałem jako zastępca kierownika komisariatu w Łosicach ds. polityczno-wychowawczych. Sąd wskazał, że takie stanowisko w ogóle nie podpada pod tę ustawę, niezależnie nawet od szeregu innych zastrzeżeń, jakie można wobec tej ustawy mieć. Mam tu na myśli choćby zastosowanie z góry odpowiedzialności zbiorowej, bez zwracania uwagi na życiorysy poszczególnych osób. Swoją drogą, do tego komisariatu trafiłem tylko dlatego, że wcześniej prawie straciłem życie na służbie i milicja chciała mi pomóc, dać jakieś stanowisko „za biurkiem”, żebym tylko doczekał do renty.

Co to było za wydarzenie, z którego ledwo wyszedłeś cało?

To było 8 lutego 1982 roku. Próbowaliśmy zatrzymać Józefa Koryckiego, na którym ciążyło zabójstwo młodego człowieka w Łukowie.

Korycki – legendarna i ciemna postać przestępczości w czasach PRL. Nazywany „Janosikiem z Podlasia”...

Zgadza się. Mój przełożony, świętej pamięci Wiesław Marczuk prowadził operację zatrzymania „Janosika”. W pewnym momencie dostaliśmy sygnał, że może przebywać w okolicach Radzynia. Był wieczór, ja praktycznie zbierałem się do domu. XY podszedł i zapytał, czy pojadę z resztą ekipy spróbować ująć Koryckiego. Oczywiście zgodziłem się. Zaczęło się od tego, że dokonaliśmy szturmu na stodołę, w której miał się schować – to była jedna z wielu jego kryjówek. Weszliśmy do środka, ale Koryckiego tam nie było. Przy czym zostawił świeże ślady, włączoną lampkę, niedojedzone konserwy...

Poszliście szukać go dalej?

Intuicyjnie udaliśmy się w kierunku zabudowań, które znajdowały się nieopodal. Było koło 23 i w zasadzie dokonywaliśmy rutynowych czynności. Po prostu, chodziliśmy od pomieszczenia do pomieszczenia i staraliśmy się ustalić, czy gdzieś się tu nie ukrywa. W końcu natrafiliśmy na letnią kuchnię, do której drzwi były zamknięte na klucz. Poprosiliśmy gospodarza tego budynku, by nam je przyniósł i w końcu wkroczyliśmy do środka. Pamiętam to jak dziś: gospodarz wsadza tylko rękę do środka, zapala światło, a ja stoję na środku i widzę naprzeciwko siebie Koryckiego. Facet siedział za stołem, dojadał resztki jedzenia, obok stała pusta butelka po wódce. Nogi miał schowane, sylwetkę miał odsłoniętą tylko od pasa w górę. W ułamku sekundy zastanawiałem się, czy do niego strzelać. Dylemat był duży: bo jeśli strzelać, a nie da się w nogi, to trzeba wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie oddam strzał śmiertelny. Podjąłem inną decyzję i schowałem się za futrynę.

Ale Korycki, który zawsze chodził z bronią, sam zaczął strzelać.

Wystrzelił 18 pocisków, z czego sześć trafiło we mnie. Padłem na ziemię i straciłem przytomność. Ostatnie, co pamiętam, to tę charakterystyczną woń, która towarzyszy wystrzałom, zapach prochu... Po chwili obudził mnie kolega. Spytałem go, gdzie jestem, choć początkowo byłem przekonany, że po prostu jak zawsze ktoś wybudził mnie nagle i chciał poinformować, że trzeba jechać na jakieś zdarzenie... A on: „Wojtek, żyjesz?!”. Podprowadził mnie pod płot i dopiero wtedy przypomniałem sobie, co się stało. Zerknąłem na brzuch, był pełen krwi, a ta krew zaczęła już płynąć po nogach.

Bałeś się, że tego nie przeżyjesz?

Byłem pewny, że to jest już mój koniec i że jestem załatwiony. Rzadko to mówię, ale pomyślałem sobie wtedy: „Boże, daj mi jeszcze pożyć z 10-15 minut”.

Na co chciałeś wykorzystać ten czas?

Wiesz co, to jest dziwne, ale chodziło o to, żeby jeszcze przez ten kwadrans pożyć i nacieszyć się życiem. To nie jest strach, po prostu człowiek chce jeszcze troszeczkę zostawić na świecie. Z tego „troszeczkę” zrobiło się aż do dzisiaj prawie 38 lat... Poza tym, miałem dziewczynę, byłem fanatykiem życia, cieszyło mnie wszystko.

Czyli wygląda na to, że cię Bóg wysłuchał.

Zaczął opatrywać mnie Wiesław Marczuk, który sam był ranny. Pojechałem do szpitala w opłakanym stanie, z roztrzaskanym kręgosłupem i wątrobą. Korycki rozwalił mi też szczękę. Za to kula nie dosięgnęła mojego serca. Trafiła w portfel, który miałem w kieszeni koszuli, pocisk zmienił tor lotu i odbił w innym kierunku. Ten portfel prawdopodobnie uratował mi życie. No i później 7-godzinna operacja, która poszła pomyślnie.

Kochałeś pracę w milicji, na co dzień ścierałeś się z bandytami. Ale powrotu już nie było.

No nie, zostałem inwalidą. Później miałem drugą operację, dwa miesiące leżałem w szpitalu. W sekcji zabójstw z takimi obrażeniami nie dało się służyć. Koledzy z milicji zachowali się wtedy tak, że nigdy im tego nie zapomnę. Zaopiekowali się mną, zadbali o to, żebym miał jakieś środki do życia, żebym mimo wszystko był w stanie jakoś utrzymać rodzinę. Dostałem awans, przyznano mi Krzyż Kawalerski.

Do emerytury – jako poważnie ranny w boju były milicjant z sekcji zabójstw - miałeś doczekać na stanowisku zastępcy kierownika komisariatu. 5,5 miesięcy spędzone tam sprawiły, że obecna władza uznała, że działałeś na rzecz totalitarnego systemu.

To mi się w głowie nie mieściło. Już pomijam, że jak dostaje się sześć kul, to już nie da się służyć, ja jedynie dotrwałem jakoś do końca, dzięki serdeczności ludzi, których miałem wokół. Wtedy, dzięki nim, czułem się bardzo wzmocniony. Za to ustawa dezubekizacyjna spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Ja jestem facetem, który nikomu źle nie życzy. Wróg jest wrogiem, ale przyjaciel przyjacielem razy siedem. To wzięcie mi renty zabolało jak cholera, to obrażanie mnie i moich wielu kolegów i koleżanek...

Ile dostawałeś emerytury, zanim PiS wprowadziło tę ustawę?

2888 zł.

Ile ci odebrano?

Od października 2017 roku dostawałem miesięcznie 854 złote. Żonie, która za PRL była telefonistką, czym zdaniem władzy działała na rzecz komunistycznego reżimu, też sporo odebrali, więc było ciężko.

Ale ten wyrok wszystko zmienia.

Mnie on godność przywraca przede wszystkim. Choć dostanę też oczywiście z powrotem swoją emeryturę i zwrot za ostatnie 1,5 roku. Śmieję się do żony, że wyszło na dobre, bo to tak jakbym sukcesywnie odkładał pieniądze na konto i trochę zaoszczędził. (śmiech)

Czujesz ulgę?

Jeszcze jaką.

Co dalej?

Jeszcze jest sporo do zrobienia. Chcę się bić o moich kolegów, którzy też zostali niesprawiedliwie potraktowani. Andrzej Rozenek z SLD, który od początku bardzo nam pomaga i walczy o wycofanie ustawy dezubekizacyjnej, zapytał mnie, czy może nadal na mnie liczyć. Obiecałem mu to. Będę walczył razem z nim i pozostałymi kolegami. Z mojej strony nic się nie zmieniło.

Autor: 
Janusz Schwertner
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 0 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.