Sędzia Łączewski ponagla premiera. Nie będzie odpowiedzi - będzie pozew

Od końca lipca, czyli od trzech miesięcy premier Mateusz Morawiecki nie znalazł czasu, by odpowiedzieć na pismo sędziego Wojciecha Łączewskiego. Ten domagał się wyjaśnień po słowach rzeczniczki rządu - właśnie w lipcu Joanna Kopcińska publicznie stwierdziła, że reforma sądownictwa służy m.in. temu, by "nie było już sędziów takich jak sędzia Łączewski". Skoro kancelaria premiera do dziś tych słów - czy, jak uznaje sędzia - tej groźby nie wyjaśniła, Łączewski już zapowiada skargę na premiera do sądu administracyjnego.

  • Sędzia podkreśla, że szef rządu miał obowiązek na jego pismo odpowiedzieć - tak stanowi kodeks postępowania administracyjnego
  • Gdyby organ władzy publicznej odpowiedzieć nie mógł - powinien poinformować autora pisma o powodach zwłoki w udzielaniu odpowiedzi
  • Wszystkiego tego premier nie zrobił, więc sędzia Łączewski - czując się zlekceważony - już zapowiada skargę do sądu
  • To on w 2015 roku skazał na więzienie obecnego ministra-koordynatora ds. służb Mariusza Kamińskiego. Kilka miesięcy później, przed uprawomocnieniem wyroku, ułaskawił go prezydent Andrzej Duda

Najpierw - wysłane w poniedziałek ponaglenie. Siedem dni później, jeśli odpowiedzi nadal nie będzie - skarga do sądu. Taki jest plan sędziego Wojciecha Łączewskiego, który podkreśla, że odpowiadanie na pisma obywateli, w tym sędziów, jest obowiązkiem premiera. Więcej, obowiązek ten ujęty jest w ramy ustawowe - przewidziane w kodeksie postępowania administracyjnego - więc nie jest to wyłącznie kwestia dobrego obyczaju. - Z ubolewaniem przyjmuję bezczynność jednego z najważniejszych urzędów i osób w tym kraju - mówi nam sędzia Łączewski. - Tego rodzaju zaniechanie powoduje, że czuję się obywatelem drugiej kategorii - podkreśla.

W swoim ponagleniu, wysłanym do premiera sędzia wskazuje, że jego żądanie odpowiedzi nie jest "widzimisię" ale ma solidne podstawy prawne.

"Stosownie do przepisu art. 35 §1 k.p.a. organy administracji publicznej obowiązane są załatwiać sprawy bez zbędnej zwłoki. W przypadku konieczności prowadzenia postępowania wyjaśniającego załatwienie sprawy powinno nastąpić nie później niż w ciągu miesiąca, a sprawy szczególnie skomplikowanej nie później niż w ciągu dwóch miesięcy od dnia wszczęcia postępowania (art. 35 §3 k.p.a.)" - pisze w swoim ponagleniu sędzia Łączewski.

Dalej, podkreśla, że "organ administracji publicznej obowiązany jest zawiadomić strony o każdym przypadku niezałatwienia sprawy we wskazanych terminach". Powinien też podać przyczyny zwłoki i wskazać nowy termin załatwienia sprawy. Wszystkiego tego premier nie uczynił, pismo od sędziego pozostało bez odpowiedzi.

 

Jak to się zaczęło, czyli rzeczniczka rządu "wykreśla" sędziego

W lipcu rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska, uzasadniając potrzebę reformy sądownictwa wprost stwierdziła, że pewne osoby powinny z sądownictwa zniknąć.

"Chcemy, aby już nigdy więcej nie było sędziów na telefon, żeby nie było sędziego Łączewskiego i innych, którzy mają pewne karty, których nie powinien mieć sędzia orzekający, wydający sprawiedliwe wyroki" - mówiła pani minister. Kilka dni później sędzia Łączewski zażądał od szefa rządu wyjaśnień. Chciał wiedzieć, czy słowa Kopcińskiej były "stanowiskiem Rady Ministrów" - czy też "ekscesem tej pani".

Sędzia podkreślał - w lipcowym piśmie do Mateusza Morawieckiego - że jeśli był to "eksces" minister Kopcińskiej, to chciałby wiedzieć, jakie konsekwencje służbowe zamierza wyciągnąć wobec niej premier. Konsekwencje, zdaniem sędziego, tym bardziej uzasadnione, że rzeczniczka rządu zamieściła groźbę "co najmniej pozbawienia go urzędu".

Gdyby zaś miało okazać się, że słowa Kopcińskiej odzwierciedlały to, co o sędzim Łączewskim myśli cały gabinet Morawieckiego - sędzia chciałby wiedzieć, czy działania przeciwko niemu zlecali Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik. Obaj w marcu 2015 roku zostali skazani na więzienie za nadużycie uprawnień przy tzw. "aferze gruntowej". Składowi sędziowskiemu przewodniczył właśnie Wojciech Łączewski. Kilka miesięcy później obu ułaskawił prezydent Andrzej Duda, choć sprawa w sądzie wciąż się toczyła i nie zapadł prawomocny wyrok. Sąd Najwyższy uznał, że prezydent nie miał prawa w takiej sytuacji stosować prawa łaski - tyle, że orzeczenie to pojawiło się już po decyzji głowy państwa, bo dopiero na początku tego roku.

Sędzia Łączewski, pisząc do premiera, pytał, czy to te właśnie osoby, Kamiński i Wąsik, podejmowali lub zlecali podjęcie działań przeciwko niemu. Działań, które miałyby na celu wyeliminowanie sędziego Łączewskiego z zawodu. Sędzia pytał też, czy takie działania zlecał sam premier Morawiecki.

 

Sędzia pyta - premier milczy. "Będzie skarga na jego bezczynność"

Sędzia zapowiada, że jutro wyśle swoje ponaglenie do premiera. - Skoro sprawy nie załatwiono w terminie określonym w ustawie ani nie wyjaśniono, skąd ta zwłoka, uznaję, że ponaglenie szefa rządu, by wykonał swoje obowiązki jest jak najbardziej wskazane - mówi nam sędzia Łączewski. Jak dodaje, jeśli do przyszłego tygodnia nie dostanie na swoje pismo odpowiedzi - do sądu trafi skarga na bezczynność organu władzy publicznej, czyli premiera Morawieckiego.

Skarga ta - zgodnie z prawem - trafi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Gdyby jego rozstrzygnięcie nie spodobało się którejś ze stron, ostatecznie, sprawa może znaleźć finał w Naczelnym Sądzie Administracyjnym.

 

Do "gry" z sędzią Łączewskim włącza się prokuratura. Sędzia: przejęli moje notatki

Jak opisaliśmy w zeszłym tygodniu w Onecie, sprawa z rzeczniczką rządu to nie jedyny problem sędziego Łączewskiego. W marcu tego roku do sędziego zadzwonił prokurator z Opola, żądając od niego, by za dwa dni stawił się na przesłuchaniu. Gdy sędzia odmówił, bo w tym dniu miał wyznaczone rozprawy, prokurator - według relacji Łączewskiego - miał grozić mu konsekwencjami służbowymi. Groźby te słyszało dwóch innych sędziów, obecnych w gabinecie podczas rozmowy z opolską prokuraturą. Ostatecznie sprawa oparła się o prezesa Sądu Rejonowego w Warszawie, rzecznika nowej KRS Macieja Miterę. Także on był zdziwiony formą wezwania sędziego na przesłuchanie - w tej sprawie wysłał pismo protestacyjne do opolskiej prokuratury.

Dodajmy, że według Łączewskiego, wcześniej ABW na polecenie prokuratury zabezpieczyła dysk z kancelarii tajnej sądu, na którym znajdowały się notatki sędziego do prowadzonych przez niego spraw. W tym - ze sprawy Kamińskiego i Wąsika.

Takie notatki, które sędzia sporządza przed naradą sędziowską są objęte tajemnicą procesową - jednak prokuratura może formalnie uzyskać do nich dostęp, wydając "postanowienie o zajęciu materiałów". - Niby wszystko jest lege artis, ale patrząc czysto prawniczo, to sprawa co najmniej śmierdzi - mówił nam w zeszłym tygodniu sędzia Łączewski. - Przecież ja w tych notatkach pisałem m.in., jakie pytania zamierzam zadać świadkom, jakie są różnice w zeznaniach czy jakie mogłyby być dalsze kierunki postępowania dowodowego w danej sprawie - wymieniał. - Wszystko to "biorą sobie" służby, choć dysk, który zabrali był zabezpieczony hasłem - mówił. - Zresztą dysk zabrano na polecenie prokuratury - dodawał.

 

KRS "nic nie może"? Przewodniczący Rady odmawia jakiejkolwiek interwencji

W sprawie zajęcia tajnych notatek przez prokuraturę sędzia napisał także do szefa Krajowej Rady Sądownictwa, prosząc Radę - która zgodnie z konstytucją stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów - o interwencję.

"Podnoszę, że tego rodzaju sytuacja stanowi bezprecedensowe złamanie nie tylko tajemnicy sędziowskiej, ale także tajemnicy narady" - pisał sędzia Łączewski. Jak dodawał, tajność narady sędziowskiej to jedna z podstawowych gwarancji procesowych - to konstytucja ma gwarantować niezawisłość sędziów, w tym ich prawo do zachowania tajemnicy narady oraz okoliczności przygotowania orzeczenia sądu. A te okoliczności obejmują właśnie sporządzanie przez sędziego notatek przed sędziowską naradą.

Pismo okazało się całkowicie bezskuteczne. Przewodniczący KRS odpowiedział sędziemu, że Rada... nic nie może.

"W zakresie kompetencji KRS nie mieści się podejmowanie działań ingerujących w toczące się postępowania karne" - pisze do Łączewskiego szef Rady. Jak przekonuje, KRS "nie jest uprawniona do badania zasadności czy prawidłowości czynności dokonywanych pod nadzorem prokuratury lub przez prokuratorów".

Kwitując, szef KRS stwierdza, że Rada nie ma kompetencji, by w tej sprawie podjąć jakiekolwiek działania.

 

Sędzia Łączewski: KRS to wyrób "radopodobny"

Odpowiedź przewodniczącego KRS sędzia Łączewski skomentował w rozmowie z Onetem. - Krajowa Rada okazała się organem "radopodobnym" - mówił. - Jej przewodniczący, stojąc na straży organu fasadowego nie pierwszy raz daje dowód tego, że mentalnie jest bardziej urzędnikiem niż sędzią - podkreślał sędzia Łączewski. - Jego publiczna aktywność oraz obserwacja przebiegu posiedzeń KRS wskazują na to, że mamy do czynienia z organem fasadowym, a nie takim, który stoi na straży niezawisłości sędziowskiej - kwitował.

Autor: 
Magdalena Gałczyńska
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
17 + 1 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.